PRIMA APRILIS - Wrath of Shargaas

Utworzono: 1 kwietnia 2012
Autor: Axi0maT
Odsłon:

1780

W zamierzchłych czasach elektronicznej rozrywki, kiedy 99% graczy pocinało codziennie w kolejne zręcznościowi, nikomu nie śniło się, że pojęcie „strategia” może dotyczyć czegokolwiek innego niż militarnych zagrywek wysoko postawionych generałów w okresie zimnej wojny. Owszem, nieliczni posiadacze komputerów mieli już za sobą pierwsze doświadczenia z nowym gatunkiem gier, ale dla graczy konsolowych była to istna czarna magia. Skąd wiec pomysł wydania gry strategicznej na konsolę NES? To wiedzą zapewne tylko sami producenci z Majestic Vision, którzy w 1987 roku wydali grę na motywach słynnej powieści fantasy Paula Bradleya – Wrath of Shargaas. Przez wielu zapomniana, a przez innych nieznana. Wiedza warta do nadrobienia tym bardziej, że ów gra jest prekursorem znanych i lubianych strategii turowych takich jak Heroes of Might & Magic czy Disciples.

 

Akcja Wrath of Shargaas rozgrywa się w Farklandzie – najbardziej wysuniętej na wschód prowincji cesarstwa Sargytów. Okoliczne ziemie plądrowane są przez hordy chaosu. Ludzie walczą z goblinami, w górach krasnoludy z orkami, a w leśnych odstępach elfy ze swymi ciemnymi braćmi, czyli drowami (mrocznymi elfami). Walki nie przynoszą rozstrzygnięć, dlatego armie ciemności jednoczą swoje siły, by w ten sposób pokonać dobro. Nie trzeba czekać długo na odpowiedź by to samo uczyniła druga strona. Zadanie gracza to poprowadzić swoje wojska do zwycięstwa, by ocalić Imperium lub też pogrążyć krainę w ogniu i zniszczeniu.

Grę rozpoczynamy od wyboru strony konfliktu – dobra lub zła, a następnie frakcji, którą będziemy dowodzili i wrogów z którymi się zmierzymy. Nie da się walczyć np. elfami z krasnoludami czy orkami z goblinami – możliwe jest tylko starcie dobra ze złem. Każda z armii ma dostępne po trzy rodzaje jednostek: piechotę, konnicę i łuczników, ale przy tym specjalizuje się w jednej z nich. Piechurzy krasnoludów i orków są najsilniejsi, jazda ludzi i goblinów najszybsza, a łucznicy elficcy obu stron najcelniejsi. Teren w jakim przyjdzie nam się zmierzyć zawsze jest generowany losowo co czyni każde starcie unikalnym. Jest to zresztą pierwsza gra, w której plansza rozgrywki jest dziełem przypadku. Jako że Wrath of Shargaas jest strategiczną grą turową to cała kraina podzielona jest na heksy (sześciokąty) i znajdziemy tu pola, lasy, góry oraz akweny wodne. Każde z nich ma swoje plusy do obrony i ataku, a także koszt ruchu jaki trzeba ponieść, aby dany teren przemierzyć swoim oddziałem, przy czym dodatkowo każdy typ jednostki zachowuje się inaczej (np. konnica w lesie porusza się o dwa razy wolniej).

Startujemy w stolicy ze skromna sumką 50 sztuk złota, za które możemy rekrutować jednostki (piechota za 14, łucznicy 22, a konnica 28). Odziały wysyłamy w teren aby zajmowały okoliczne wsie z których to następnie ściągamy podatki (po 2 sztuki złota co rundę z każdej wioski). Żeby nie było za łatwo to samo czyni też nasz przeciwnik sterowany przez konsolę lub przez drugiego gracza. Jeśli okolica jest spokojna i nie spodziewamy się wroga, a co za tym idzie jesteśmy pewni, że utrzymamy ten obszar w naszych rękach przez dłuższy czas to możemy rozbudować wioskę w miasto kosztem 40 sztuk złota. Inwestycja owocuje zwiększonym zyskiem z podatków (4 sztuki złota na turę) i poprawioną defensywą (bonus x2 dla obrońców). Jak łatwo policzyć koszt zwraca się dopiero po 10 turach, więc rozbudowa musi być przemyślaną decyzją.

Esencją rozgrywki są oczywiście starcia naszych wojsk z oddziałami wroga. Przemieszczając jednostki po planszy, prędzej czy później natrafimy na przeciwników, a wtedy nie pozostaje nic innego jak dobyć oręża i zmieść go z powierzchni ziemi. Każdy oddział ma cztery istotne współczynniki wyrażone liczbowo takie jak HP (liczba punktów życia), atak, obrona i doświadczenie. Zasada walki jest prosta. Atakująca konnica wjeżdża jak w masło w łuczników, łucznicy wybijają piechotę, a piechota konnice. Z obroną jest analogicznie tylko w drugą stronę. Dodatkowo dochodzą do tego wspomniane na początku bonusy rasy dla danego typu wojsk. Wraz z kolejnymi starciami każdy oddział zdobywa doświadczenie i awansuje na kolejne poziomy, np. konnica staje się kawalerią, następnie rycerzami, a na końcu paladynami. Wraz z awansem drastycznie zwiększają się też umiejętności żołnierzy, więc warto dbać o to, aby nie stracić doświadczonego wojska w głupi sposób. Dobrze wyszkolony pojedynczy oddział potrafi sam utrzymywać strategiczne punkty nawet przez kilka czy kilkanaście rund. Wojska których stan zdrowia uległ uszczupleniu należy odsyłać do wiosek i miast gdzie stacjonując bezczynnie jedną rundę odnawiają stopniowo swoje siły witalne.

Kiedy już uda nam się zbudować pokaźną armię i przesunąć „linie frontu” na swoją korzyść zdobywając kolejne wioski i miasta, nadejdzie w końcu pora na zdobycie stolicy. Jeśli zajmowaliśmy po drodze wszystkie osady to nasz skarbiec powinien być już na tyle pełen, że bez większych trudności zgnieciemy ostatnich obrońców. Pozostaje nam wywiesić swój sztandar na zgliszczach wrogiej twierdzy i obejrzeć ładny obrazek z gratulacjami. Całość zabawy trwa około 2-3 godzin i dostarcza naprawdę sporo radochy z gnębienia przeciwnika. Oczywiście może się zdarzyć odwrotnie i wróg może upokorzyć gracza. Mimo że gra nie posiada możliwości wyboru poziomu trudności to rozgrywka jest doskonale wyważona. Nigdy nie możemy być pewni wygranej i często trzeba popracować szarymi komórkami, aby dobrze rozplanować ruchy wojsk. W zachowaniu konsolowego przeciwnika zauważyłem tylko jeden błąd, który warto wykorzystywać – niemal nigdy nie daje on odpoczynku swoim oddziałom, dlatego ich zdrowie sukcesywnie spada. Drugi poziom doświadczenia to praktycznie maksimum jaki osiągają. Leczenie wojsk owocuje w późniejszym etapie rozgrywki, więc warto czasem wysłać weteranów na tyły, aby zregenerowali siły – maszyna niestety niedomaga w tej kwestii.

Graficznie gra prezentuje się bardzo przeciętnie. Całość jest raczej umowna i ogranicza się do umożliwienia rozpoznania gdzie co się znajduje. Na szczęście oddziały są stosunkowo duże i czytelne, więc da się na to patrzeć. Szkoda, że jest dość topornie, bo chciałoby się aby gra w klimatach fantasy była również ładna. Aż się prosi o obrazki potworów i wojowników.

Oprawa muzyczna to istny miód dla uszu. Utwory przygrywające w tle to wspaniałe epickie melodie, które doskonale podkreślają klimat toczonych bitew. Całość uzupełniona jest odgłosem przesuwanych jednostek, dźwiękiem monet wydawanych na kolejne oddziału i szczękiem oręża przy starciach. Wszystko brzmi zaskakująco dobrze i w kwestii muzyki Wrath of Shargaas należy ścisłej czołówki. Aż dziw bierze, że mały NES potrafi wydobyć z siebie tyle dźwięku takiej jakości.

Wrath of Shargaas to doskonały przykład na to jak można zrobić świetną i rozbudowaną grę, a następnie kierując ją do niewłaściwych odbiorców skazać na zapomnienie. Tytuł ten jest wbrew pozorom bardzo rozbudowany jak na możliwości NESa, a dodatkowo posiada cały repertuar wspaniałych rozwiązań i pomysłów, z których kolejne produkcje tego typu czerpały całymi garściami. Zdobywanie doświadczenia przez jednostki, element leczenia wojsk, czy wpływ terenu na walkę to elementy, które wyróżniają Wrath of Shargaas nawet dziś. Polecam tę grę z czystym sumieniem wszystkim, którzy zagrywali się w ubiegłym wieku w Warlords czy Heroes of Might & Magic – na pewno się nie zawiedziecie.

 


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie