Z notatnika retrozgreda - N64 mon amour

Utworzono: 4 listopada 2012
Autor: hat
Odsłon:

1731

Jak pewnie niektórzy czytelnicy wiedzą, Nintendo 64 jest w gronie redakcyjnym RetroAge darzone niezwykłą sympatią. Niektórzy pewnie powiedzą nawet że panuje to dzikie i zupełnie nieuzasadnione fanbojstwo co zresztą nietrudno zauważyć nawet przy pobieżnej lekturze naszego forum. Dlaczego spora część redakcji tak kocha ten dziwny, jednocześnie nowoczesny i archaiczny wynalazek – nie mam pojęcia. W tym sentymentalnym felietoniku opowiem wam historię mojego związku z tą konsolą.

 

Zatem cofnijmy się w czasie o kilkanaście lat. Mamy początek roku 1998, pod moim biurkiem ledwie rzęzi sterany życiem Pentium 90, a na nim jeszcze bardziej leciwa Amiga 1200. Konsole to drogie i dziwne zabawki, które od czasu do czasu pojawiają się na łamach Secret Service. Pierwszy raz spotkałem się z N64 właśnie na stronach tego wyśmienitego miesięcznika, gdzie z umiarkowanym zainteresowaniem przeczytałem entuzjastyczną recenzję Super Mario 64. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, czym tak bardzo ekscytował się recenzent. Prosta kolorowa gierka dla dzieciaków, lepiej wrócić do poważnych tytułów. Inna sprawa że do dzisiaj Mariana nie skończyłem i twierdzę że na Nintendo 64 ukazało się kilka lepszych platformerów (proszę nie strzelać), ale nie odbiegajmy zbytnio od tematu.

Drugie spotkanie nastąpiło w jedynym chyba w tym czasie sklepie konsolowym w Poznaniu. Trafiłem tam zupełnie przypadkowo i z ciekawości zajrzałem. Stał tam prawdziwy i oryginalny stand Nintendo 64 z czternastocalowym telewizorkiem i konsolą w środku. Nie mam zielonego pojęcia skąd oni go wtedy wygrzebali. W każdym razie odpalone było Pilot Wings i... nie, nie doznałem olśnienia. Znowu jakieś kolorowe nie wiadomo co. Latać się nie da, nawykłe do klawiatury i myszki ręce zupełnie nie ogarnęły sterowania joypadem z analogiem.

Prawdziwa iluminacja nastąpiła jakiś czas później. Tu w roli głównej ponownie występuje nieodżałowane Secret Service, moje główne źródło growej wiedzy w tamtym czasie. Zobaczyłem tam obrazki z gry Turok: Dinosaur Hunter. Dinozaury, dżungla, jucha pryskająca na wszystkie strony a do tego wypasione giwery. Wiedziałem już że muszę w to zagrać, ale oczywiście nawet przez myśl mi nie przeszło słowo konsola. Niestety a właściwie na szczęście okazało się, że gra do uruchomienia wymaga horrendalnie drogiego akceleratora 3D. Wtedy we łbie zakiełkowała mi szalona myśl, a może tak konsola?

Kilka dni później uzbrojony w zaświadczenie o zarobkach zaatakowałem wspomniany wyżej sklep konsolowy. Oczywiście nie miałem zielonego pojęcia ile kosztuje konsola, ile gry i że potrzebne jest coś takiego jak karta pamięci. Na miejscu okazało się, że sprzęt stoi za jedyne 1300 zł, Turok to kwota 350 zł a karta pamięci 150 zł. Niezła sumka, dwukrotnie przekraczająca moje ówczesne mizerne zarobki. Jednak bez mrugnięcia okiem rzuciłem zaświadczenie na ladę i stwierdziłem – biorę wszystko. Przez następny rok nie raz przeklinałem własna głupotę spłacając mordercze raty. Na odchodnym miły pan sprzedawca ostrzegł żeby nie wkładać memorki do pada przy włączonej konsoli bo można ją spalić. Do dziś nie mam pojęcia czy to prawda, ale nawyk pozostał.

Po powrocie na kwaterę konsola podłączona, cart na miejscu, można grać. I znowu to samo, szału nie ma. Sterowanie to koszmar jakiś. Na samym początku gry trzeba było wejść na drabinę. Wierzcie mi zanim wlazłem na górę próbowałem ze trzydzieści razy. Do tego trafienie w dinozaura graniczyło z cudem, czy do tego cholerstwa można podłączyć klawiaturę? No i największy zawód. Czemu do jasnej cholery krew jest zielona? Jak pewnie się domyślacie, w błogiej nieświadomości kupiłem Turoka w wersji niemieckiej. Przeklęty szwabski port z zieloną posoką, robotami zamiast ludzkich przeciwników, gdzie health zowie się gesundheit. Brrr do końca życia to zapamiętam. To wszystko i tak były nic nie znaczące pierdoły, bo po zaprzyjaźnieniu się z analogiem zagrywałem się w łowcę dinozaurów dniami i nocami. Dodajmy, że zagrywałem się przez następne pół roku, bo na inną grę nie było mnie stać, a ten niemiecki cart do dziś jest ozdobą mojej kolekcji.

Jakiś czas później, kiedy byłem już wytrawnym 64-bitowym graczem z niecierpliwością wyczekiwałem na premierę drugiej części przygód dzielnego Indianina. Kiedy wreszcie upragnione i pachnące nowością pudełko wpadło w moje łapki przeżyłem niemały szok. Po odfoliowaniu i otwarciu pudełka wewnątrz znalazłem instrukcję... po polsku! Co prawda miała ona formę niechlujnie skserowanego karteluszka, ale co tam – wrażenie było niezapomniane. Inna sprawa, że takie udogodnienia i to zrobione sto razy bardziej profesjonalnie mieli już posiadacze PlayStation.

W mojej karierze początkującego nintendowca nieraz zdarzały się chwile słabości, kiedy to myślałem nad zamianą mojego N64 na PSX. Najczęściej następowały one po wielogodzinnych sesjach w Gran Turismo, a później w Gran Turismo 2 na szaraku u kumpla. Badziewne nintendowe racery wyglądały potem jeszcze bardziej badziewnie i z niemałym wysiłkiem zmuszałem się do grania w World Driver Champinship.

Życie posiadacza N64 w tamtych czasach nie było usłane różami. Ceny gier i akcesoriów przyprawiały o zawał mniej odporne jednostki. Co powiecie na Top Gear Rally za 359 zł, albo Hexena 64 za 369 zł? Takie właśnie zabójcze ceny miały sklepy wysyłkowe ogłaszające się w prasie konsolowej. Później ceny nieco spadły, ale i tak nowość kosztowała zdecydowanie bliżej trzech stówek niźli dwóch. Na szczęście gry można było wymieniać za skromne trzy dyszki. Jednak i tu na strudzonego gracza czaiły się zdradzieckie rafy. W różnych podejrzanych wymienialniach łatwo można było trafić na niemieckiego Turoka albo francuskiego Hexena.

Na deser zostawiłem sobie największy problem z jakim musiałem się zmierzyć, czyli żałośnie mała ilość gier. Z dzisiejszej perspektywy może wydawać się to dziwne, w końcu na Nintendo 64 w Europie ukazało się kilkaset tytułów. Jednak wtedy gracze byli skazani na prywatny import zza zachodniej granicy, zwłaszcza w pierwszym okresie życia konsoli. Pan Heniu z panem Zenkiem z zaprzyjaźnionego sklepu konsolowego pakowali się do rozklekotanego mesia i jechali do Berlina na zakupy. Można było sobie zamówić wymarzoną nowość i po kilku dniach człowiek lżejszy o dwie i pół stówki zagrywał się w Ocarina of Time. Mniej zasobni gracze niestety byli skazani na wymianę a tu dorwanie czegoś sensownego graniczyło z cudem. Dzięki temu mogę pochwalić się, że skończyłem Penny Racers, Glovera czy Blast Corps i kilka innych wynalazków na które większość graczy nawet nie spojrzy. Prawdziwe killery ukazywały się średnio raz na kwartał, a kiedy w końcu upragniony Goldeneye był na wymianę mijały całe wieki. Właśnie dzięki przygodom Bonda i Turokowi nauczyłem się grać w FPSy na padzie, a było to w czasach, kiedy znajomi pecetowcy nie bardzo wiedzieli co to jest joypad, że o gałce analogowej nawet nie wspomnę.

Przez moje ręce przewinęło się wiele konsol. Ale to właśnie Nintendo 64 wspominam z największym rozrzewnieniem. Ten pierwszy egzemplarz ciągle znajduje się w mojej kolekcji. Od czasu do czasu odpalam sobie tego niemieckiego Turoka, którego znam już prawie na pamięć. Co prawda N64 niezbyt dogaduje się nowoczesnym telewizorem LCD. Jednak w piwnicy czai się potężny kineskopowy 28-calowy Panasonic. Kiedy w końcu dorobię się swojej growej jaskini właśnie szara konsolka i niemieckojęzyczny Indianin zajmą w niej honorowe miejsce...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie