Cyfrowe Marzenia - recenzja

Utworzono: 24 października 2010
Autor: Axi0maT
Odsłon:

3798

Zacznę od cytatu pewnego mądrego człowieka: „recenzje dzielą się na te subiektywne i te na zamówienie”. Zapewniam was, że poniższy tekst będzie typu pierwszego. Jak zapewne już zauważyliście, od kilku miesięcy w internecie jak i w pismach branżowych pojawiają się pochlebne recenzje książki „Cyfrowe Marzenia” Piotra Mańkowskiego. Pora jednak w końcu napisać prawdę o tej pozycji, aby nie pakować na minę kolejnych graczy. Włożenie kija w mrowisko z pewnością nie przyczyni się do mojej popularności, ale zanim rzucicie mi się do gardła proponuje zauważyć, że dziwnym zbiegiem okoliczności, na żadnym z portali o tematyce retro nie pojawiła się dotychczas recenzja „Cyfrowych Marzeń”. Jak się nieoficjalnie mówi w naszych retro-kuluarach, o tej książce dyplomatycznie jest nie pisać. Co więc jest nie tak z tą wydawać by się mogło intrygującą pozycją zalegającą na półkach naszych księgarni? Można odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. „Cyfrowe Marzenia” wbrew podtytułowi wcale nie są „historią gier komputerowych i wideo”.

Kto mógłby podjąć się napisania podręcznika do historii gier jak nie osoba siedząca w tej branży od lat? Wydawać by się mogło, że Piotr Mańkowski znany powszechnie jako Micz z Secret Service jest odpowiednim kandydatem do popełnienia takiej książki. Problem w tym, że Pan Piotr jest zagorzałym fanem przygodówek, więc obiektywizmu w „Cyfrowych Marzeniach” nie doszukujcie się, bo jej nie znajdziecie. Pisząc o „Cyfrowych Marzeniach” nie sposób nie porównywać tej pozycji do wydanych rok prędzej „Dawno temu w grach” Bartka Kluski, tym bardziej że tą pierwszą szumnie okrzykuje się pierwszą polską książką o grach. Poniżej postaram się więc przy okazji odpowiedzieć na pytanie „co lepsze”.

Na początek słów parę o pierwszym wrażeniu, jakie wywołuje książka. Nie można zaprzeczyć, że „Cyfrowe Marzenia” zostały całkiem ładnie wydane. Gustowna niebieska okładka, na której znajdziemy facjaty Lary Croft z Tomb Raidera, Mario oraz Wiedźmina jest miła w dotyku i wizualnie prezentuje się wyśmienicie. Można by polemizować nad trafnością wyboru postaci, bo nasz polski Wiesiek wydaje się być outsiderem na tle Mariana, ale autor chciał jednak, aby był jakiś polski akcent, więc wpakował tam nasz „towar eksportowy”. Pod okładką skrywa się 376 stron na których znajdziemy informację o tym co nas graczy najbardziej interesuje.

Za recenzję wystarczyłby w zasadzie cytat z wstępu: „dzięki dostępnym emulatorom komputerów ośmiobitowych uruchomiłem setki starych gier na pececie”. Jeśli ktoś chce spisywać historię gier i zabiera się do tego korzystając z emulatora (!!!), to odpowiedzcie sobie sami drodzy czytelnicy, czy jest sens przewracać kartkę i zabierać się w ogóle za czytanie tej książki. Jako że poniższą recenzję musiałem napisać to hamując odruchy wymiotne zmusiłem się do lektury.

Muszę przyznać, że pierwsza część (czyli prawie 60 stron), o jak to nazwał Piotr Mańkowski „Prehistorii”, napisana jest bardzo dobrym językiem. Czyta się lekko, miło i przyjemnie. Jest mnóstwo ciekawych informacji i historyjek o przepychankach pomiędzy pryncypałami świata gier. Poza paroma brakującymi przecinkami w sumie nie da się nic zarzucić temu rozdziałowi, więc polecam go z czystym sumieniem. Na tym jednak kończą się pochwały, bowiem dalej jest już tylko lotem koszącym w dół.

Od tego momentu książka zaczyna przypominać swoistą wyliczankę. Wszystko oparte na schemacie: tytuł gry, parę zdań o fabule i rozgrywce, wynik sprzedaży, plus do tego ewentualna mała anegdotka jeśli takowa się trafiła. Nie schemat jednak jest tu najgorszy a fakt, że klepanie kolejnych tytułów nie jest często logicznie ze sobą powiązane. Wyliczanka staje się irytująca po dziesięciu stronach i nie da się ukryć, że wieje nudą na kilometr. O ile „Dawno temu w grach” przeczytałem w trzy dni niemal jednym tchem, to nie da się tego samego powiedzieć o „Cyfrowych Marzeniach”, które męczyłem prawie dwa miesiące głównie jako lekturę do zabicia czasu na sraczu.

Sporo miejsca poświęcono na początku VCS, czyli Atari 2600. Wiele gier z tej leciwej platformy zostało opisanych w dość wyczerpujący sposób, chociaż rozwodzenie się na ponad cztery strony nad Defenderem – nie ujmując nic tej wybitnej pozycji – wydaje się jednak lekką przesadą. Dobór najważniejszych gier jest oczywiście subiektywny, ale dziwi pominięcie choćby Missile Command. Wiadomo że nie można napisać o wszystkich grach, ale jak za chwilę się przekonacie Piotr Mańkowski woli rozwodzić się nad średniakami niż prawdziwymi hitami.

Było już o Atari 2600, ale pytanie gdzie konkurencja? Tej niestety brak, a jeżeli się pojawia to raczej w charakterze wzmianki, że coś tam jeszcze się działo. Znajdziemy trochę informacji o Macintosh’ach, małym Atari i C64, ale większość miejsca zajmują opisy gniotów na Spectruma, które wydają się ciągnąć w nieskończoność. Nuda! Kiedy w końcu dochodzimy do rozdziału o Nintendo w którym z nadzieją upatrywałem szansy na ożywienie – bo przecież NES był prawdziwym konsolowym przełomem – to okazuje się, że poza Mario i Zeldą, znaleźć można tam opis zaledwie paru innych gierek. Contra? Kunio Kon? Adventure Island? Big Nose? Tanki? Zapomnijcie. Zamiast tego Mańkowski zalewa nas nudą w postaci syfu pokroju Wizard’s Lair czy Phantom Club o których przyznaje się pierwszy raz słyszę. W ogóle w trakcie czytania ma się nieodparte wrażenie, że autor przez cały czas bardzo niechętnie odnosi się do Nintendo i ich produktów. Zdaje się pisać na ten temat tylko dlatego, że tak wypada.

Kiedy Micz uznaje, że prócz dobrych gier na Spectruma opisał też już całe gówno, które na niego wyszło, przechodzi do ofensywy na PC. Przeczytamy wręcz niezliczoną ilość stron o przygodówkach na blaszaka, które przyprawiają mnie o mdłości. Może to dlatego, że to gatunek gier których zaraz obok wyścigów samochodowych najbardziej nie lubię? W każdym bądź razie przygodówkowe smęty ciągną się niemiłosiernie. To już nie są nudy. To NUDY! Naprawdę chciałbym napisać coś pozytywnego, ale przewracają kolejne strony czuję, że coraz bardziej mam dość tej książki i czekam tylko kiedy w końcu będzie jej koniec. Gdzieś tam po drodze jest co prawda wzmianka – bo inaczej tego nazwać nie można – na siedem stron o Amidze, ale próżno szukać tam informacji o takich hitach jak Alien Breed, Sensible Soccer czy Worms. Przytaczając tu wstęp książki można by ironicznie stwierdzić, że chyba autorowi emulator Amisi nie ruszył... Micz postanowił więc usypiać czytelnika opisami pecetowych przygodówek.

Zapytacie zapewne „Gdzie coś o konsolach do cholery?”. Owszem są wzmianki o firmach Nintendo, Sega, Sony a nawet Microsoft, ale kartki na których poczytacie o konsolach można liczyć dosłownie na palcach. Brakuje mnóstwo gier i nawet nie wiem czy jest sens je wymieniać. Soul Calibur, Metroid, Banjo Kazooie, Tony Hawk Pro Skater, Chrono Trigger, Vagrant Story i mnóstwo innych. Czy coś wam mówią te tytuły? Nie łudźcie się, że w „Cyfrowych Marzeniach” znajdziecie choćby wzmiankę o nich. Zamiast tego dowiedziałem się, że w Street Fighter 2 „po wciśnięciu odpowiedniej kombinacji klawiszy, postać wykonywała unikalny cios, tak zwane combo”. Zagrywałem się w tą pozycję bardzo długo i nigdy żadnego combo nie udało mi się wykonać Panie Mańkowski. Mało wam? W mniemaniu autora Tomb Raider był takim fenomenalnym tytułem, że „Konkurencyjny, również wykorzystujący widzenie akcji z perspektywy trzeciej osoby Mario 64 ze swoją kolorową stylistyką nie mógł się równać z przygodami... żywej osoby, kojarzonej z powabną modelką”. Litości! Super Mario 64 sprzedał się na samym tylko Nintendo 64 lepiej niż pierwsza i druga część Tomb Raidera na wszystkich platformach razem wziętych. Mógłbym tak jeszcze długo jechać po „Cyfrowych Marzeniach” jak po szmacie, ale chyba nie o to tu chodzi. Powiem więc krótko –bida i przede wszystkim nuda!

Było cały czas o minusach „Cyfrowych Marzeń”, a więc pora na napisanie czegoś pozytywnego o tej książce. W zasadzie można ograniczyć się do stwierdzenia „dobrze że jest”. Dla młodszej części graczy, którzy zaczynali swoją przygodę z elektroniczną rozrywką po roku 2000 z pewnością będzie to dobra lektura do zapoznania się z początkami branży. Co prawda będzie to bardzo wybiórczy szkic, ale zawsze lepiej wiedzieć cokolwiek niż nic. Na tle „Dawno temu w grach” Bartka Kluski, książka Piotra Mańkowiskiego po prostu okazuje się być niestety kiepskim żartem. Wydaje się, że Micz postawił sam sobie za wysoko poprzeczkę. Z jednej strony chciał napisać „Historię gier komputerowych i wideo”, a tymczasem wyszła mu wyliczanka gniotów na Spectruma i przygodówek na PC. „Cyfrowe Marzenia” to pozycja tylko dla totalnych retronobów i lamerów, którzy nie wiedzą kompletnie nic o historii gier. Dla reszty będzie nadawała się chyba tylko do postawienia na półkę, bo ma ładną okładkę i świetnie się prezentuje. Szczerze odradzam tę książkę. Proponuje lepiej za te 36 złociszy kupić sobie jakąś fajną gierkę, a do nudzenia się na sraczu lub do pociągu o wiele tańsze krzyżówki. Jeśli jednak chcecie dobrą pozycję o starych grach to po prostu kupcie „Dawno temu w grach” Bartka Kluski.

Tytuł: Cyfrowe marzenia: Historia gier komputerowych i wideo
Autor: Piotr Mańkowski
Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2010
ISBN 978-83-7436-228-3
Liczba stron: 378

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie