Conker's Bad Fur Day

Nintendo 64

Utworzono: 28 sierpnia 2010
Autor: tbxx
Odsłon:

2310

W niedzielę, spotkamy się z Rysiem w kościele. Ja trochę kasy mam, on brzuch jak Mobby Dick. I on i ja pójdziemy piwo pić. A później k%#$a poniedziałek. Jak ja k%#$a nie lubię poniedziałków. Łeb mnie tak napi… yyy ten tego no… napadowe bóle głowy mam. Ale przy tym, co mi się przytrafiło jednego poniedziałku to wstanie na kacu na dwie lewe nogi to pikuś. Pan Pikuś.

Rozdział I: Kilka słów o sobie
Z... Znamy się mało... Więc może ja bym powiedział parę słów o sobie, najpierw. Urodziłem się... Urodziłem się w Małkini w 1937 roku w lipcu. Znaczy w połowie lipca... właściwie w drugiej połowie lipca właściwie... Yyyy...… czekaj, – to nie ten film. Na imię mam Conker i jestem aktorem Wiewiórką występującym w grach video. Zadebiutowałem w zakręconej ścigałce pt. „Diddy Kong Racing”. Dzięki świetnej grze aktorskiej dostałem propozycje zagrania głównej roli w „Conker Twelve Tales” oraz w mini kieszonkowej produkcji „Conker’s Pocket Tales”. A tak w ogóle to teraz jestem sławny i bogaty i mam fajne laski.

Rozdział II: O tym, jak wdepnąłem w wielkie gówno (dosłownie)
Wracając do „Conker Twelve Tales” – gra miała być radosną, kochaną, słodziutką przygodówko-platformówką dla dzieciaków. Niestety na planie cały czas było coś nie tak. A to nie dowieźli sprzętu na czas, a to kierownik produkcji, co chwila naciskał na zmiany w scenariuszu. Sam już nie wiem, o co w końcu poszło, czy o tego Miśka z wielkim Ptakiem, czy też o to, że całą ekipą chodziliśmy w przerwach do przyczepy żony reżysera... w każdym bądź razie cały projekt poszedł do kosza. Kierownik produkcji w sumie nie był świnia i na „do widzenia” całą ekipą pojechaliśmy chlać do knajpy „Cock and Plucker”. Gdzieś nad ranem coś mi się u!@#$%o, że pójdę do domu (że też jakoś zapomniałem, że do knajpy wieźli nas autokarem). Niestety w stanie, jakim się znajdowałem, dojście gdziekolwiek poza drzwi lokalu graniczyło z cudem, tak, że przysnąłem pod jakimś krzakiem. Obudziłem się rano i... o k@#$a gdzie ja jestem. Jakoś doczłapałem do lokalnego żula Beardy czy Birdy… jakoś tak mu było. W każdym bądź razie, za butelkę piwa poczęstował mnie „Rozjaśniaczem umysłu”. „Rozjaśniacz” jak się później okazało, umysłu do końca nie rozjaśnił, ale przynajmniej nogi zaczęły słuchać gdzie mają iść. Na dodatek przypomniałem sobie ze umiem robić helikopterową sztuczkę z ogonem, dzięki czemu pokonałem lokalne rozpadliny i przepaście.

Rozdział III: Piniondze to nie fszystko, ale wszystko bes piniendzy to ch#j.
Jak można było przewidzieć, droga do domu nie była prosta. Udałem się, więc jak mi się wydawało w jedynym możliwym kierunku, gdy nagle drogę zagrodził mi ogromny Żywy Element Gotyckiej Architektury, na szczęście szybko pozbyłem się natręta za pomocą znalezionej po drodze patelni. Na wiejskiej polanie spotkałem Królową Pszczół opłakującą utratę ula oraz męża, który ją opuścił dla innej (w sumie się mu nie dziwię – gruba płaczliwa beka). Skuszony obietnicą nagrody odbiłem ul z rąk porywaczy – szerszeni. Gdybym tylko wcześniej wiedział o wyposażeniu ula… Pliczek zielonych banknotów wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. „Może znajdę tu więcej takich frajerów” pomyślałem, zapominając chwilowo, że miałem wracać do domu. Zgodnie z przewidywaniami nieopodal spotkałem grupkę wiochmenów gotowych wypłacić grube zielone pieniążki za wykonanie jakichś porąbanych czynności. A to pomoc w umożliwieniu defoliacji i defloracji Słonecznicy z wielkimi arbuzami Królowi Pszczół, a to misje dla mafii, walki gladiatorów, skok na bank rezerw federalnych... Mieli wiochmeny wyobraźnie... Że też byłem jeszcze na kacu, a na dodatek jeszcze w kilku miejscach dolałem w siebie beczkę piwa, jakoś to wszystko nie wydało mi się podejrzane... Aż nie trafiłem na pokład statku kosmicznego... co k@#$a jaki statek kosmiczny, a na dodatek mityczny Król Pantera… coś zaczęło mi świtać… i w końcu nastała jasność.

Rozdział IV: Mamusiu jak tu ładnie, mamusiu jak tu pięknie… ej ty k@#$a gdzie ja jestem?
Wstyd przyznać, ale chłopaki wrobili mnie na maxa. Knajpa, do której pojechaliśmy znajdowała się przy magazynach wytwórni filmowej. Byłem kompletnie zalany, więc nie zauważyłem, że błądzę po różnych planach filmowych i nabijam się z podstawionych aktorów... A Oni to wszystko nagrywali. Muszę jednak przyznać, że cała akcja została przygotowana bardzo profesjonalnie, przygotowano odpowiednio duże powierzchnie magazynowe, szczegółowe naturalne dekoracje, a i zachowanie oraz sposób poruszania się wszystkich aktorów były bardzo naturalne. Pani Beri z dekoratorni wykonała ostre jak brzytwa dziadka teksturki, a Greg z Rodentem wyciosali gładziutkie jak twarz potraktowana dziesięcioostrzową maszynką z paskiem z aloesem i witaminą E modele 3D. Dodając do tego cudowne efekty świetlne, aż dziw bierze, że wszystko to można podziwiać bez żadnych dopalaczy typu Expansion Pak. Jednym słowem wizualia są orgazmistyczne.

Rozdział V: Co w trawie piszczy.
Równie profesjonalnym podejściem do sprawy wykazali się dźwiękowcy. Użyto najlepszych, najnowszych technologii min. „MoSys”, dzięki której podczas akcji możemy cieszyć się pełnym profesjonalnym dubbingiem, oraz muzyka w formacie „MP3”. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć że krystalicznie czysty jak proteza babci potraktowana corega tabesem dźwięk dolby surround odsadził na lata świetlne pozostałą konkurencję na N64.

Rozdział VI: Dozwolone od lat 18.
Powstała w ten niecodzienny sposób produkcja, pt. „Conker’s Bad Fur Day” została opatrzona metką „tylko dla dorosłych”. Po części jest to spowodowane moim wulgarnym słownictwem, bryzgającą na lewo i prawo juchą, stosowaniem używek czy też dewiacjami seksualnymi (no, bo kto to widział żeby tak pszczoła ze słonecznicą...). Gra emanuje również specyficznym poczuciem humoru, opartym po części na dowcipach o „parującej kupie”, „pierdzeniu” i „bekaniu” jak też na różnego rodzaju nawiązaniach do wytworów popkultury. I tak bez problemu znajdziemy parodię min. „Terminatora”, „Drakuli”, „Ojca chrzestnego”, „Szeregowca Ryana” czy też „Matrixa”. Pojawiają się również elementy czarnego humoru, które niekoniecznie nadają się dla młodszej wrażliwej widowni.

Rodział VII: Po sznurku do kłębka.
Również sposób prowadzenie rozgrywki został dostosowany dla dojrzalszych odbiorców. Dzieląc czas pomiędzy żonę, dzieci, dom, pracę, dorośli często nie znajdują przyjemności w szukaniu tysiąca popierdółek sadystycznie poukrywanych w najdziwniejszych miejscach. Dlatego też liczbę znajdziek ograniczono do minimum: „Antygrawitacyjna czekolada” regenerująca energię, oraz „wiewiórcze ogony” wymieniane u Grega na powrót do świata żywych (swoją drogą Greg powinien za rolę śmierci dostać Oskara). Pozostałe chwilowo potrzebne przedmioty znajdujemy zazwyczaj w pobliżu miejsca ich użycia. Cała droga „do domu” ma liniowy charakter tak, że nie ma mowy o jakimś błądzeniu czy też wielokrotnym nawiedzaniu danej miejscówki.

Rozdział VIII: Czterej Muszkieterowie
W celu odprężenia po ciężkim dniu producent pozwolił mi i trzem wybranym kumplom poszaleć w studio filmowym siejąc chaos i zniszczenie. Ponieważ kamery były nadal włączone powstał jeden z najlepszych trybów multiplayer w historii gier przygodowo-platormowych, mogący bez wstydu stać na najniższym stopniu podium N64 razem z Goldeneye 007 i Perfect Dark . Siedem trybów 4 osobowej orgii destrukcji i czadu jest swoistą wisienką na przepysznym torcie trybu singleplayer.

Rozdział IX: Słowo na niedzielę.
Pozwólcie, że wtrącę jeszcze na moment. „Conker’s Bad Fur Day” jest najlepszą dorosłą przygodówko-platformówką, jaka kiedykolwiek powstała na jakąkolwiek maszynkę do grania. Ponad 2 godziny doskonale wyreżyserowanych wstawek animowanych na silniku gry, ok. 12 godzin niczym nieskrępowanej zabawy, genialny soundtrack w jakości MP3, oraz rozbudowany tryb multiplayer tworzą wybuchową mieszankę, którą każdy szanujący się pasjonat N64 po prostu musi zobaczyć. Polecam bardzo.

Ocena ogólna 10

Autor: tbxx

Grafika 100%

Dźwięk 100%

Grywalność 100%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie