Dragon Quest: The Hand of the Heavenly Bride

Nintendo DS

Utworzono: 10 stycznia 2014
Autor: kolo
Odsłon:

1022

Korzystając z faktu że ostatnio wzbogaciłem się o Nintendo DS i załapałem się na sporo Dragon Questów postanowiłem pójść za ciosem i lepiej zapoznać się z tą serią. Efektem tego jest poniższa recenzja „Dragon Quest: Hand of the Heavenly Bride”.

Dragon Quest V jest moją drugą stycznością z serią, pierwszy w kolejności był „The Journey of the Cursed King”, czyli ósma numerowana odsłona. Powrót do przeszłości odbył się w miarę bezboleśnie, a piątka dość mocno mnie zaskoczyła, jednak po kolei.

Dragon Quest: Hand of the Heavenly Bride
jest podzielony na trzy rozdziały. Grę rozpoczynamy gdy główny bohater jest jeszcze dzieckiem i podróżuje ze swoim ojcem, słynnym wojownikiem Pankrazem. Już wtedy zaczynamy szukać własnych przygód i regularnie pakujemy się w kłopoty przy okazji poznając wielu ciekawych ludzi. Jednak czymże byłby japoński RPG bez ratowania świata? Oczywiście i tu w pewnym momencie na nasze barki spadnie zadanie pokonanie tego złego który chce zniszczyć wszystko co dobre. Zanim jednak do tego dojdzie przeżyjemy wiele innych przygód, a wątek przeciwdziałania zagładzie choć istotny wcale nie jest tym najważniejszym. Aby za dużo nie spoilerować zakończę na tym opisywanie fabuły i wspomnę już tylko o tym że choć rozmowy z NPCami nie porywają to wielowątkowa historia jest poprowadzona w sposób iście mistrzowski. Choć nie powala spektakularnością to stanowi doskonały przykład że czasem skromniejsze cele, osobista uraza i rodzinna saga zapewniają lepszą historię niż pełne fajerwerków i epickości killery. Tym bardziej że „Dragon Quest: Hand of the Heavenly Bride” na brak zwrotów akcji i ciekawych postaci nie może narzekać.

Dragon Quest V jest w pełni zgodny z kanonem gier jRPG, czyli mamy dungeony, miasta i mapę świata. W pewnym momencie zdobędziemy własny statek oraz różne latające środki lokomocji. Dostęp do następnych miejsc jest zazwyczaj zablokowany w dość rozsądny sposób, umiejętnie kierując nas na właściwą drogę. Walki rozpoczynają się na zasadzie losowych bitew i toczą się w systemie turowym. Jeśli chodzi o czynności jakie możemy wtedy wykonać również mamy do czynienia z standardem, czyli atak, magia, przedmiot, obrona, dodatkowo możliwość zmiany członka drużyny, zmiana taktyki kompanów (polecam wykonywanie rozkazów) i ucieczka. Same bitwy mają zróżnicowany poziom trudności i podczas gdy jedna skończy się w chwilkę a my nawet nie poczujemy różnicy to inne ciągną się przez dobre kilka minut skutkując często zgonem któregoś członka drużyny.

Walki z bossami bardzo często są trudne i żmudne wymuszając na nas dodatkową rundkę po okolicy w celu podbicia poziomu przed kolejnym starciem. Na szczęście po śmierci wszystkich członków drużyny zostajemy przeniesieni do najbliższego miasta, a główny bohater będzie wskrzeszony. Przywrócenie reszty towarzyszy do życia jednak kosztuje a w przypadku porażki ilość niesionego przez nas złota zostaje zmniejszona o połowę.

Piąta odsłona serii zawierała jednak coś co mnie zaskoczyło, mianowicie przez znaczną część gry nie towarzyszą nam ludzie, lecz potwory. Zachowują się one jak pełnoprawni członkowie drużyny atakując, rzucając czary i używając przedmiotów, jednak w kilku miejscach dość wyraźnie różnią się od naszych ludzkich towarzyszy. Przede wszystkim jeśli nie mają wystarczająco wysokiej inteligencji nie będą wypełniać naszych rozkazów robiąc co tylko zechcą, czyli zazwyczaj zupełnie nam nie pomagając. Po drugie, część z nich ma limit maksymalnego poziomu i ogólnie rzecz biorąc są dużo bardziej ograniczeni na przykład w ilości czarów które mogą odblokować.

Oprócz głównego wątku mamy też mini gry (głównie kasyno), specjalne przedmioty – pamiątki do odnalezienia i żony do wyboru co powinno umilić kolejne podejścia do piąteczki, jednak nie zauważyłem miejsc w których wybór partnerki mógłby znacząco zmienić bieg wydarzeń. Po zakończeniu gry odblokowujemy dostęp do dodatkowego poziomu.
Sterowanie jest rozsądne i wygodne, wielce sobie chwalę między innymi możliwość przewijania rozmów prawie wszystkimi przyciskami, zawsze to trochę ulgi dla nieszczęsnego „A”. Trochę rozczarowuje jednak prawie zerowe wsparcie dla ekranu dotykowego, występuje tylko podczas jednej mini gry.

To tyle opisówki, czas na wrażenia. Przede wszystkim grałem z dużą przyjemnością, choć historii chwilami brakowało przytupu okazała się bardzo ciekawa. Z dialogami było podobnie lecz i tu czasem z wyjątkową przyjemnością czytałem komentarze członków drużyny na przykład o miejscu gdzie właśnie jesteśmy lub o ostatnio przeprowadzonej rozmowie. System walki nie jest może wyjątkowy ale bardzo dobrze przemyślany i nie frustruje, częstotliwość walk mieści się w normie więc jeśli sama idea tego rozwiązania nie jest dla was herezją to nie powinniście mieć w tym miejscu zbyt wielkich problemów.
Poziom trudności określiłbym jako normalny – niektóre walki stanowią spore wyzwanie, ale jeśli macie choć trochę doświadczenia w grach tego typu to powinniście sobie z nimi bez większych problemów poradzić. Dają one też sporą satysfakcję, tym bardziej że niektórzy przeciwnicy aż się proszą o skopanie zadka.

Jakie są różnice względem wcześniejszych odsłon gry? Przede wszystkim wersja na Nintendo DS została w końcu wydana poza Japonią, posiada też wszystkie usprawnienia dodane w wersji na PS2 (która została fanowsko przetłumaczona na język angielski), czyli cztery zamiast trzech postaci w drużynie, tła w trójwymiarze, dodatkowe potwory do rekrutowania i pamiątki do zbierania. Ale to nie wszystko, gwoździem programu w opisywanej przeze mnie edycji jest dodatkowa, trzecia kandydatka na żonę – Debora, wcześniejsze wersje posiadały do wyboru wyłącznie Biankę i Nerę.

Od strony graficznej Dragon Quest V prezentuje się dobrze, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę to że jest to „jedynie” remake. Lekko podrasowane względem oryginału postaci 2D poruszają się w stworzonym od nowa środowisku 3D – wygląda to całkiem dobrze ale na pewno nie stanowi szczytu możliwości Dual Screena. W miastach możemy dowolnie obracać kamerę, jednak w dungeonach jest to zazwyczaj ograniczone lub całkowicie zablokowane, prawdopodobnie aby zbytnio nie ułatwiać manewrowania po labiryntach jako że gra wykorzystuje obydwa ekrany. W czasie walk na dolnym ekranie widzimy trójwymiarowe tła różniące się w zależności od okolicy w której jesteśmy z dwuwymiarowymi przeciwnikami na których uwidaczniają się efekty naszych ataków i okienko z tekstem gdzie dowiadujemy się o wszystkim co jest i nie jest widoczne na ekranie. Moim zdaniem prezentuje się do bardzo ładnie, trochę tylko brakuje mi graficznego przedstawienia aktualnego stanu przeciwników, musimy wszystko zapamiętać z wyświetlających się komunikatów. Górny ekran zajmują portrety członków drużyny i ich podstawowe statystyki. Jest to bardzo praktyczne bo w przypadku umieszczenia na dolnym ekranie gra stała by się całkowicie nieczytelna, trochę szkoda jednak że w tle nie ma niczego ciekawego, tylko kolorek mniej więcej pasujący do otoczenia na dolnym ekranie.

Pod względem dźwiękowym “Dragon Quest: Hand of the Heavenly Bride” na Nintendo DS to absolutna klasyka serii bez jakichkolwiek odstępstw, czy to na dobre czy to złe. Pod względem muzyki jest to zdecydowany plus bo ta zawsze jest dobra, a niektóre motywy są naprawdę wyśmienite, jednak warstwa efektów dźwiękowych prezentuje się trochę ubogo.

Podsumowując, Dragon Quest: Hand of the Heavenly Bride na Nintendo DS to bardzo dobry jRPG z ciekawą fabułą która jest jednocześnie typowa i niezwykła zarówno dla serii jak i gatunku, dobrą grafiką i udźwiękowieniem. Zdecydowanie polecam każdemu miłośnikowi jRPG posiadającemu DSa, tym bardziej że jest to pierwszy raz kiedy gra została wydana poza granicami Japonii i posiada wiele dodatków względem oryginału wydanego na SNESa.

Ocena ogólna 8,3

Autor: kolo

Grafika 70%

Dźwięk 80%

Grywalność 100%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie