Final Fantasy VIII

PlayStation

Utworzono: 3 listopada 2009
Autor: Snake
Odsłon:

2844

Ostatni materiał mojego autorstwa gościł na retroage naprawdę dawno temu – wrodzone lenistwo oraz natłok obowiązków skutecznie odciągały mnie od pisania nowych recenzji czego efektem były dość rzadkie aktualizacje działów dotyczących PlayStation. W końcu jednak się na odpoczywałem i pełną parą zabrałem do roboty. Wynikiem tego jest nowa recenzja w dziale PlayStation, a mianowicie chodzi o tekst dotyczący Final Fantasy VIII, czyli jednej z odsłon tasiemca od Square. Pogromca FFVII czy też może jego marny naśladowca? Przekonajcie się sami. Zapraszam do zapoznania się z przygotowanym materiałem.

Blond włosy najemnik Cloud i jego śmiertelny wróg, przesiąknięty złem Sephiroth – zapewne znamienita część graczy zna tych dwóch panów, a przygodę jaką dane było im przeżyć wraz z nimi przy okazji pierwszej trójwymiarowej odsłony serii Final Fantasy wspomina jako coś iście unikatowego. Siódma odsłona Końcowej Fantazji nie była jednak wyjątkowa tylko dla graczy. Odpowiedzialne za nią studio Squaresoft zbiło na niej nie małą fortunę, a za sprawą niesamowicie wysokiej jakości wypuszczonego na świat tworu umocniło swą pozycję na rynku zachodnim jako największy producent gier jRPG.
Po ogromnej fali zachwytów nad wielką „siódemką” pojawiło się pytanie, jak będą wyglądać dalsze losy Final Fantasy. Odpowiedź pojawiła się dość szybko – bo już w roku 1999 – a była nią następną część sagi z numerkiem VIII w tytule. Nie oszukujmy się, developer mógł oddać w ręce niecierpliwych graczy produkt nawet przeciętny, który dzięki popularności poprzednika i tak znalazłby nabywców. Jednak nie zrobił tego – ludki ze Squaresoft postanowiły utrzymać swoją renomę, co zaowocowało kolejnym nietuzinkowym role-play’em dopracowanym pod każdym względem, który bez wysiłku bił na głowę inne tego typu produkcje. Tak, Final Fantasy VIII bez wątpienia jest jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku jRPG, ale zapewne każdy zadaje sobie pytanie, czy dorównuje on legendzie siódmej części? Cóż…tego dowiecie się zagłębiając się w dalszą część tego materiału.

„I will be here… Why? I will be waiting…here…
For what? I will be waiting…for you…so…
If you come here… You’ll find me. I promise.”

Aby dowieść czy Final Fantasy VIII, choćby po trochu, dorównuje swemu poprzednikowi należy przyjąć chłodną postawę i patrzeć na grę tak obiektywnie jak to tylko możliwe. Unikał będę zatem jak ognia nieuzasadnionych stwierdzeń pokroju: „FFVIII jest denne bo część siódma jest najlepsza”. Postaram się możliwie najdokładniej wypunktować zalety „ósemki”, których to gra ma na pęczki. A wady? Każda pozycja je posiada i Końcowa Fantazja 8 (podobnie zresztą jak poprzednia odsłona) nie jest tu żadnym wyjątkiem. Chcę zaznaczyć, że nie jestem zaślepionym fanatykiem FFVII, dzięki czemu możecie liczyć na jak najbardziej sprawiedliwą ocenę jego następcy, który łatwo nie miał ze względu na pokładane w nim przeogromne nadzieje. Przejdźmy do rzeczy.

Pamiętacie zapewne, że w Final Fantasy VII od czasu do czasu mogliśmy podziwiać renderowane scenki. Racja? W „ósemce” (niczym w osławionej poprzedniczce), na dzień dobry, przedstawiony zostaje nam właśnie taki dość intrygujący render, tyle że wizualnie miażdży dosłownie wszystko czego można było wcześniej uświadczyć. Intro jest bardzo dynamiczne i wręcz poraża za sprawą genialnej reżyserii przeplatających się ze sobą scen.
Główną atrakcją filmiku otwierającego grę, poza szokującym poziomem graficznym oczywiście, jest zacięta walka na tzw. gunblade’y (hybrydy miecza oraz pistoletu) toczona między dwoma młodzieńcami, którzy – jak później się okazuje – są największymi rywalami. Poziom fechtunku obydwu z nich daje do zrozumienia, że nie są amatorami. Obserwujemy jak w akompaniamencie chóru, z determinacją, wymieniają precyzyjne uderzenia bronią, co jest niezwykle emocjonującym doświadczeniem. Ich ruchy są bardzo płynne, co zawdzięczać powinniśmy technice motion-cap, którą wykorzystano specjalnie na potrzeby animacji. Efekt potwierdza, że było warto. Walka niestety nie trwa zbyt długo i zostaje ucięta w momencie, gdy jeden z bohaterów – po otrzymanym w twarz ciosie – szarżuje z nieukrywaną wściekłością na drugiego.
Co natomiast miałem na myśli mówiąc „intrygujący”? Cytowany przeze mnie na początku fragment pochodzi właśnie z intra – już przed rozpoczęciem gry w głowie osoby dzierżącej pada rodzą się następujące pytania: „kto będzie czekał”, „dlaczego”, „gdzie”. Poprzez taki zabieg twórcy samym wstępem nakłaniają nas do zagłębienia się w świat Final Fantasy VIII, który pełen jest intryg i zwrotów akcji.
Render zamyka scena w której nieznajoma, przepiękna niewiasta wpada w ramiona jednego z wcześniej walczących wojowników. Chór ustaje i zostajemy przeniesieni do właściwej części produkcji.

Nasza przygoda w Final Fantasy VIII rozpoczyna się w gabinecie lekarskim na terenie niejakiego Balamb Garden – ośrodka, w którym młodzi studenci szkoleni są na elitarnych żołnierzy tzw. SeeD. Jako, że wymagania związane z otrzymaniem owego, zaszczytnego, tytułu są naprawdę wysokie, tylko nieliczni są w stanie sukcesywnie przejść selekcję poprzedzoną masą egzaminów (zarówno pisemnych jak i tych testujących umiejętności praktyczne kadeta). 17-letni Squall Leonhart, czyli „twarz” ósmej odsłony serii FF, od początku wydaje się być jednym z uczniów, którzy zasilą oddziały SeeD. Chłopak jest dość małomówny, arogancki i zamknięty w sobie. Konwersacje z nim zazwyczaj nie zaliczają się do przyjemnych, mimo tego Squall nie jest znienawidzonym przez otaczającego go środowisko. Podobnie my, gracze, szybko utożsamiamy się z ową personą, a jej losy w zaskakującym tempie przestają być nam obojętnymi.
Bohater może nie jest zbyt towarzyski, ale jego umiejętności bojowe nie pozostawiają żadnych złudzeń – to świetny wojownik niemal nie mający sobie równych. Nie licząc oczywiście Seifera, jego odwiecznego wroga, z którym to wciąż się pojedynkuje. Szramy zdobiące facjaty obydwu panów są efektem ich treningów, które jednak mają nieco większe znaczenie niż zdaje się innym. Nasza wizyta w gabinecie medycznym to właśnie skutek pojedynku jaki oglądaliśmy w scence otwierającej grę.
Główny bohater na szczęście nie odniósł poważnych obrażeń, dzięki czemu szybko opuszcza sanitariat wraz z przybyłą po niego instruktorką Quistis, a my dostajemy pierwszą szansę na zapoznanie się ze „szkołą”.

Pierwsze wrażenia związane z grą? Bardzo pozytywne. Zachwyca zarówno piękna oprawa graficzna jak i świetnie dopasowana do klimatu ścieżka dźwiękowa. Co prawda mamy tu do czynienia z trójwymiarowymi postaciami i pre-renderowanym otoczeniem ale to nie zmienia faktu, że produkcja prezentuje się wręcz fenomenalnie, pozostawiając FFVII pod tym względem daleko w tyle. Postacie bogate są w szczegóły, a ich wyśmienita animacja tylko potęguje doznania płynące z rozgrywki.
Środowisko natomiast wyróżnia się futurystyczno-industrialnym designem, nieco przypominającym ten z „siódemki”, gdzie twórcy na każdym kroku zaskakują pomysłowością wykreowanych scenerii. Takie miejsca jak Galbadia, Trabia Garden czy miasteczko Winhill zapadają w pamięć na dłuuugi czas. Ale w końcu projektanci ze Square to nie byle kto, racja?

Wróćmy jeszcze na chwilkę do podłoża fabularnego FFVIII. Jak zapewne się domyślacie, Squall bez najmniejszych problemów przechodzi sprawdziany i zostaje członkiem wspomnianego SeeD. Niedługo potem przydzielone zostaje mu zadanie polegające na wspomaganiu organizacji zwącej się Owl of the Forest – niewielkiego ruchu oporu wymierzonego przeciwko mocarstwu Galbadia, które to pragnie poszerzyć swoją strefę wpływów na rodzinne miasto „sów”, Timber.
Misja ta jest prawdziwym preludium do jakże zaskakujących wydarzeń, które miejsce będą miały znacznie później, aczkolwiek do których warto dobrnąć.
Historia to naprawdę mocny punkt „ósemki” – trzyma w napięciu, pełna jest wątków pobocznych i nie raz chwyci nas za serce. Jest też sporo reflektowania nad samotnością i ludzką egzystencją… ale to już pozostawiam Wam.

Jak natomiast prezentuje się sama rozgrywka stanowiąca bodajże najważniejszy z elementów gier RPG? Zacznijmy może od potyczek, których to w świecie Final Fantasy VIII czeka nas niezliczona ilość. Niezmiennie od części pierwszej inicjowane są one randomowo, a co za tym idzie, nie wszystkim może przypaść do gustu częstotliwość ich występowania. Osobiście uważam, że natężenie walk jest jak najbardziej w porządku, jednakże czasem encountery zdarzają się zdecydowanie za często (dotyczy to co prawda kilku wybranych miejsce ale jednak).
Walki rozgrywane są systemem turowym, z użyciem dobrze znanego ATB (paski odmierzające czas do następnego ruchu). W tym temacie zatem bez zmian.

Zaskakująca jest natomiast nieobecność pasków z punktami magii. Dobrze czytacie, w FFVIII nie ma czegoś takiego jak MP. Jak zatem poczęstować wroga potężnym czarem? Otóż zamiast punktów odpowiedzialnych za używanie magii dostajemy zaklęcia, których wykorzystanie ogranicza tylko posiadana ich ilość (jeśli mamy 50 Fire’ów to właśnie tyle razy możemy owego czaru użyć). Oczywiście te, które zużyjemy możemy raz jeszcze uzupełnić w specjalnych punktach do tego przeznaczonych bądź poprzez „wyssanie” od przeciwników.
Poza tą drobnostką walki niespecjalnie różnią się od tych zaprezentowanych przy okazji „siódemki”.

Całkiem nowy za to jest sposób w jaki przyznajemy umiejętności postaciom, a dzieje się to poprzez „łączenie” (tzw. Junction System) bohaterów z summonami, tutaj zwącymi się Guardian Forces (GF w skrócie). GFy zwiększają naszą siłę, zwinność, ilość zdobywanego doświadczenia itp. Jedna postać może mieć przyłączonych kilka summonów na raz, więc problemem nie jest np. jednoczesne podniesienie statystyk odpowiedzialnych za siłę i celność.
Junction System w praniu sprawdza się znakomicie (choć na samiutkim początku można nieco nie załapać jego idei) i wprowadza powiew świeżości, a zarazem nadaje FFVIII własnego charakteru.

Jedyne na co można narzekać to tempo w jakim nabijamy poziomy doświadczenia. Dzieje się to niemal ekspresowo, ale siła naszych postaci zdaje się być zupełnie nieadekwatną do uzyskanego expa. Już na 3-ciej płycie (są 4) możemy sobie biegać z 100 lvlem doświadczenia, a mimo tego walka z ostatnim bossem potrafi sprawić nie lada kłopot (a ile razy on transformuje, ho, ho…). Ja bym to nazwał lekkim brakiem balansu w systemie no ale cóż można poradzić.

Świat jaki twórcy oddali nam do eksploracji jest naprawdę duży, a odwiedzenie każdego z jego zakątków będzie od nas wymagało poświęcenia grubo ponad stu godzin gry. Nie jesteśmy oczywiście skazani na podróżowanie wyłącznie pieszo. Po świecie możemy poruszać się samochodami, wszem i wobec znanymi chocobo, a także (w dalszej części gry) statkiem oraz airshipem. Z chocobo wiąże się ciekawa mini-gra zwana Chocobo World, do której odpalenia wymagany jest jednak Pocket Station (gadżet podobny do VMU od DeCka) wypuszczony niestety tylko na rynku w KKW.

Mówiąc o mini-grach nie można nie wspomnieć o karciance przygotowanej specjalnie na potrzeby Final Fantasy VIII, Triple Triad. Rozgrywana jest według kilku typów zasad na specjalnej 9-cio polowej planszy. Reguły może nie są przesadnie skomplikowane, ale pierwsze potyczki z NPCami mogą okazać się dość trudnymi. Jest to naprawdę miły dodatek do właściwej rozgrywki, choć nie wszystkim musi się on spodobać. Kart do skompletowania jest zawrotna ilość, jednakże owe zadanie łatwym wcale nie jest (głównie ze względu na jego czasochłonność). Ale jak to mawiają, dla chcącego nic trudnego.

Na zupełnie osobny akapit (jak zwykle przy okazji recenzowania czegoś z głównej linii FF) zasługuje warstwa audio. Kompozycją muzyki ponownie zajął się niezastąpiony Nobuo Uematsu i jak zwykle efekt jego pracy jest oszałamiający. Już słyszany w intro „Liberi Fatali” przyprawia o szybsze bicie serca, nie wspominając o tak genialnym tworze jak „Eyes on Me”, do którego wokalu użyczyła chińska piosenkarka Faye Wong.
Reszta utworów m.in. przygrywających podczas walk czy też eksplorowania mapy, należycie pełni swą rolę i szanse, że Wam się nie spodobają są naprawdę nikłe.
Soundtrack przygotowany dla FFVIII jest jednym z najlepszych jakie można usłyszeć w grach video. Talent Uematsu to prawdziwy skarb i bez jego ingerencji Final Fantasy na pewno straciłoby wiele ze swej magii. Tym bardziej cieszy fakt, że przy okazji realizowania „ósemki” Square nie zrezygnowało z wyjątkowych umiejętności mistrza, który tchnął w ową produkcję duszę.
Dźwięki towarzyszące czarom, czy też brzękowi broni białej są bez zarzutów i nie ma najmniejszych powodów, aby się do czegoś przyczepić. To się nazywa dobra robota.

Przyszła chyba pora aby odpowiedzieć na nurtujące wszystkich pytanie – czy Final Fantasy VIII jest lepsze od legendarnej „siódemki”? Moja odpowiedź brzmi następująco: wszystko jest kwestią gustu, bowiem porównując te dwie, wydawałoby się tak podobne a zarazem tak różne gry, „ósemka” w niczym nie ustępuje swojej poprzedniczce. Co więcej, pod względem grafiki pozostawia ją lata świetlne w tyle. O tym, która jest lepsza zadecydują głównie nasze upodobania – wolimy patrzeć jak Cloud ugania się za szalonym Sephirothem, czy też bardziej interesuje nas jak między kobietą a mężczyzną rozwija się miłość? Bardziej pasują nam rozterki Clouda czy Squalla?
Nie można zatem jednoznacznie wytypować lidera tego pojedynku. Obie gry są znakomite i od naszych preferencji zależeć będzie, która z nich przyodzieje koronę.

Podsumowując, Final Fantasy VIII to kawał porządnego softu, jedna z najlepszych pozycji dostępnych na Szaraka. Godnie reprezentuje gatunek jRPG i jestem pewien, że wiele osób za sprawą tej produkcji w końcu przekona się do tego, jakże specyficznego, rodzaju gier.
Zapewnia wiele godzin wyśmienitej rozrywki (pierwsze przejście wymaga ponad 60 godzin siedzenia przy konsoli) podczas to której będziemy świadkami kwitnącej miłości, rywalizacji, zacieśniania się przyjacielskich więzi, a to wszystko podane zostało w wyśmienitej oprawie audio-wizualnej. Brać w ciemno. Nie pożałujecie.

Ocena ogólna 9.7

Autor: Snake

Grafika 100%

Dźwięk 100%

Grywalność 90%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie