Metal Gear Solid 2 Sons of Liberty

PlayStation 2

Utworzono: 2 stycznia 2009
Autor: Snake
Odsłon:

4240

Nowy Rok mamy za sobą, więc nie ma co się leniwić tylko trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty. Zapewne pamiętacie, iż mniej więcej 2 miesiące temu na retroage zagościła "odświeżona" recenzja pierwszego MGSa mojego autorstwa. Było to chyba pierwsze tego typu "przedsięwzięcie" w naszym serwisie (a przynajmniej na taką skalę). Po raz kolejny podjąłem się takiej inicjatywy, czego efektem jest zupełnie nowa recenzja dotycząca - uwaga, uwaga - Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty. Podobnie jak poprzednio widoczny jest znaczny wzrost poziomu tekstu, a co za tym idzie, lepiej podana zawartość merytoryczna. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z przygotowanym materiałem i od razu uprzedzam wszelakie pytania - póki co nie będzie kolejnego tekstu o MGSie.

W 1998 roku, po dość długiej nieobecności, Solid Snake ponownie zaatakował rynek gier video w produkcji o nazwie Metal Gear Solid na konsolę PlayStation. Tytuł odniósł ogromny sukces i był wart każdej spędzonej z nim chwili. Przytłaczał ilością zaaplikowanych rozwiązań, a także niezmiernie ciekawą i podaną w niesamowicie kunsztowny sposób historią. Produkcja ta miała ogromny wpływ na to jak dziś prezentuje się nasz ukochany segment rozrywki i odcisnęła piętno praktycznie na każdej innej grze. Był to niedościgniony wzór. Nie dziwnym zatem wydaje się fakt, że po ogromnym sukcesie owego tytułu w głowach twórców pojawił się pomysł na kolejną „wyprawę” dla Węża.
Pierwsze wieści o kontynuacji pojawiły się podczas E3 2000 w postaci 7 minutowego trailera ukazującego gameplay. Było to jedne z najwspanialszych 7 minut jakie może przeżyć gracz. Trailer rozpalił wszystkich do czerwoności, a Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty automatycznie okrzyknięte zostało tytułem targów.
Ludzie z teamu Hideo Kojimy ciężko pracowali nad grą (w międzyczasie pojawiło się demo dołączane do Zone of the Enders) i w rok później na E3 2001 pokazali kolejny zwiastun, przedstawiający fragmenty rozgrywki. Wywołał on niezłe zamieszanie, a produkcja stała się (jak poprzedniczka) jednym z najbardziej oczekiwanych tytułów w historii, a zarazem najbardziej interesującą grą na nową platformę SonyPlayStation 2.
Niedługo po pokazanym trailerze, tego samego roku, MGS2: Sons of Liberty uderzyło do sklepów.
Jak prezentuje się sequel genialnego MGS? Trzyma poziom poprzedniczki? Czy twórcy sprostali oczekiwaniom graczy i dostarczyli produkt godny polecenia? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w niniejszym tekście.

„Okay, Snake, let’s get to work.”

Nowa odsłona kultowego Metal Gear Solid dobitnie pokazuje, że legendarny Solid Snake to człowiek niezłomny – po tym jak perfidnie wykorzystano go podczas incydentu na Shadow Moses, w żadnym wypadku nie ma zamiaru porzucić walki z terroryzmem. Co więcej, stara mu się przeciwdziałać, szczególnie kiedy przyjmuje on skrajne formy, tzn. gdy ktoś zły ma zamiar zburzyć ład świata za pomocą broni nuklearnej.
Snake wraz z przyjacielem Otaconem starają się zapobiegać takim sytuacjom, których źródłem zazwyczaj – jak już mieliśmy okazje się przekonać – jest machina wojenna Metal Gear. Nasi bohaterowie nawet założyli organizację w ramach której, prowadzą działalność przeciwko tym kroczącym „potworom”, które po wydarzeniach na odległej wyspie Archipelagu Fox zaczęły się nazbyt często pojawiać. A zowie się ona Philantrophy.
Jak nietrudno się domyślić jej mózgiem jest Hal, który zajmuje się gromadzeniem informacji oraz zdobywaniem niezbędnego ekwipunku. A Solid? Tu chyba nie trzeba odpowiadać – to nie jest osoba preferująca siedzenie za biurkiem, a czynny udział w operacjach.
I takowa się szykuje po tym gdy w czeluściach sieci Otacon dokopuje się do informacji, które mają związek z głównym celem Philantrophy

„The Hudson River, two years ago…”

Z tego co odkrył Otacon wynika, iż na tankowcu Discovery przewożony ma być nowy prototyp Metal Geara nad którym pieczę sprawują amerykańskie siły bojowe – Marines.
Zadaniem Snake’a jest wkradnięcie się na pokład tankowca, cicha infiltracja oraz wykonanie kilku zdjęć nowemu modelowi Metal Geara.
Początkowo, gdy Snake dostaje się na pokład Discovery, zadanie wydaje się dość proste, jednak po chwili sytuacja ulega zmianie. Tankowiec napadnięty zostaje przez rosyjskich terrorystów, których cel wydaje się dość oczywisty – położyć swe łapy na Metal Gearze.
Sprawa jak widać nieco się komplikuje, utrudniając zadanie Węża. Na domiar złego okazuje się, że we wszystkim palce macza jeden ze starych „znajomych” z Shadow Moses
Tak wstępnie prezentuje się historia w nowym Metal Gear Solid. Jest to zaledwie preludium do znacznie grubszej sprawy jak będzie miała miejsce trochę potem, a już daje do zrozumienia z jakiego kalibru produkcją przyszło nam obcować.

Sons of Liberty serwuje emocjonującą fabułę, która swą zawiłością zaskoczy dosłownie każdego. W tej produkcji upchano tak wiele wątków, że w pewnym momencie naprawdę można poczuć się trochę zdezorientowanym. Przyjaciele stają się wrogami, wrogowie przyjaciółmi, każdy ma swoje (w większości przypadków) niecne zamiary, a my nie wiemy jaką pełnimy w tym wszystkim rolę. Oczywiście z czasem wszystko się wyjaśnia. Chciałem tylko zaznaczyć, że mistrz Kojima uderzył z takim impetem w tej kwestii, że co niektórzy całkowicie się w tym pogubią.
Fabuła nie posiada drugiego dna… Ona posiada ich przynajmniej dwa razy tyle! Jednak za pierwszym podejściem nie ma szans odkryć wszystkiego. Szczerze to nie wiem czy w ogóle można. Masa różnorakich odniesień do bardzo wielu segmentów życia, społeczności i jeszcze setek innych rzeczy wcale nie zdaje się ułatwiać tego zadania. Historia to majstersztyk. Pod tym względem nie ma takiej drugiej gry. Jest to swego rodzaju objawienie.

Scenariusz jest genialny na każdy sposób, jednak pojawia się w nim pewien element, który wcale nie musi wywołać pozytywnego wrażenia na grającym. O czym mowa? Cóż… Jest to dość ciężka kwestia do omówienia, ponieważ stanowi ona właściwie największą niespodziankę w grze. Wydaje mi się jednak, iż powinienem o tym wspomnieć, gdyż brak maksymalnej noty dla Sons of Liberty wynika głównie z tego faktu. Wielu zapewne zmiesza mnie z błotem za ujawnienie tej „tajemnicy” ale trudno – ja zawsze staram się uargumentować swoją ocenę i tym razem jest nie inaczej.
W czym tkwi problem? Otóż przez większą część gry nie będziemy kierować Solidem... To nie brzmi zbyt zabawnie ale taka niestety jest prawda.
Twórcy postanowili, że będziemy obserwować historię z punktu widzenia innej osoby – Raidena. No i powiedziałem. To właśnie ten jegomość będzie nam towarzyszył przez jakieś ¾ gry. Bardzo zawiodłem się na takim rozwiązaniu, gdyż nastawiony byłem na granie kapitalnie ukazanym Wężem, któremu akurat Raiden do pięt nie dorasta. Mam trochę żal do mistrza Kojimy o to, że zdecydował się na takie rozwiązanie. Oczywiście w pełni szanuję jego decyzję jednak niestety niezbyt bawiło mnie oglądanie głównego bohatera z boku. Prowadząc postać Raidena stale myślałem jak fajnie byłoby grać Snake’em.
Sprawa Raidena to także w bardzo dużej mierze kwestia gustu – zapewne wielu osobom owy bohater się spodoba.

Ogólnie rzecz biorąc, scenariusz został skonstruowany fenomenalnie, zapewniając tym samym MGS2 pierwsze miejsce na podium wśród tytułów z ambitną historią.

„Don’t get caught, you’re in stealth mode here.”

W tym miejscu dochodzimy do jakże istotnej sprawy, a mianowicie rozgrywki.
Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty kontynuuje tradycję serii, dzięki czemu – po raz kolejny – doświadczymy zabawy opartej na unikaniu walki.
Logicznym wydaje się fakt, że wraz z przesiadką na nowy sprzęt twórcy zyskali sporo niedostępnych wcześniej możliwości, które pozwoliły im na wzbogacenie systemu gry o świeże patenty oraz rozwiązania. Ich liczba, w stosunku do poprzednika naprawdę robi wrażenie.

Pierwszą bardzo ważną – i jakże przydatną – nowinką w rozgrywce jest możliwość prowadzenia ostrzału z widoku FPP (zaczątki tej opcji pojawiły się w MGS: Integral, w postaci jakże ciekawego bonusu). Zapewne pamiętacie, że w pierwszym MGSie czasem dość ciężko było trafić naszego oponenta, a to z tego powodu, że w pewnych momentach nawet nie było widać go na ekranie. Dzięki opcji strzelania w FPP łatwiej jest ugodzić przeciwnika w wyniku czego nasza skuteczność w walce staje się odpowiednio wyższa.
Wraz z wprowadzeniem namierzania z prawdziwego zdarzenia, pojawiła się opcja sadzenia headshotów. Teraz jednym celnym strzałem możemy położyć upierdliwego strażnika, który uparł się abyśmy nie wrócili do domu żywi. Można także celować w ręce, nogi, serce oraz wszystkie inne części ciała. Zależnie od tego gdzie trafimy, przeciwnik odniesie różne obrażenia. Wiadomo, że najbardziej opłacalne są strzały w głowę i serce, jednak trafienie w te punkty (wbrew pozorom) nie zawsze jest prostą rzeczą.
Strzelanie z perspektywy pierwszej osoby wypada bardzo dobrze i nie raz ułatwi nam wyjście z tarapatów.

Gama ruchów postaci także uległa poszerzeniu. Pamiętając jakże bogaty zakres manewrów z części poprzedniej, aż dziw bierze, że system można było rozbudować o jeszcze tak wiele posunięć. Do nowo nabytych umiejętności prowadzonej przez nas postaci doszły m.in.: wiszenie na barierkach (ułatwia mijanie strażników, a także pomaga dostać się w ciężko dostępne miejsca), prowadzenie ognia zza osłon, przewrót (ma kilka dość ciekawych zastosowań), unieruchamianie wroga poprzez przystawienie broni do pleców, a także podnoszenie ciał przeciwników, które w tej części już nie znikają.
Ostatnia nowość spowodowała, że trzeba bacznie uważać na to co się robi, gdyż jeżeli wrogowie znajdą jednego ze swoich ludzi, natychmiast będą wiedzieć, iż intruz jest w pobliżu i znaczenie zwiększą swą czujność (przynajmniej na określoną ilość czasu). Trzeba więc myśleć bardziej strategicznie i analizować każde posunięcie, co by potem nie żałować podjętych decyzji.
Wszystkie wymienione skille bardzo ładnie wkomponowały się w rozgrywkę i sprawiły, że podstawowy element MGS – skradanie – nabrał jeszcze większego rozmachu, co oczywiście przekłada się na mnogość sposobów ukończenia tytułu, a tym samym jego żywotność.

W gameplay’u pojawił się jeszcze jeden znaczący element, który wpływa na sposób prowadzenie gry. Otóż wszystkie bronie zostały podzielone na dwa typy: śmiertelne (oznaczone kolorem czerwonym) oraz ogłuszające (oznaczone kolorem niebieskim).
Za sprawą tych drugich, możemy pozbawić przytomności dosłownie każdego strażnika. Tradycyjnych dla serii bossów (których przy okazji „Synów Wolności” nie omieszkano pominąć) również nie pozostawiono obojętnymi na to rozwiązanie. Podobnie jak strażników, szefów także można zneutralizować nie pozbawiając ich ani krzty zdrowia. W jaki sposób? Należy danego adwersarza pozbawić Staminy reprezentowanej przez pasek pod tym, który informuje nas o stanie zdrowia bossa. Pasek skraca się na tej samej zasadzie co wskaźnik życia (należy pamiętać o wykorzystaniu broni ogłuszającej), jednak trudniej tego dokonać. Oczywiście warto się pomęczyć, a na końcu gry nie mieć na sumieniu ani jednego istnienia (pozycję można ukończyć bez ofiar co premiowane jest wyższą rangą).

Warto także dodać, iż po raz kolejny w serii będziemy mogli przetestować masę broni. Do „kolekcji” można włączyć m.in. znanego SOCOMa oraz snajperkę PSG-1, karabin AK-74u, pistolet USP, wyrzutnię rakiet, czy też granaty. Jest jeszcze jeden dość niestandardowy „gadżet”. Chodzi mi o magazyn „dla panów”, który tu służy do odciągania uwagi strażników. Jak go używać? Otóż wystarczy położyć go na ziemi w pobliżu jakiegoś wroga (tak żeby mógł go zauważyć), a ten w mgnieniu oka zainteresuje się pisemkiem. Śmiesznie jest patrzeć jak omamiony gość ślini się do gazety, a tym samym ułatwia nam infiltrację. Hideo Kojima zawarł w grze sporą dawkę specyficznego humoru, przez co tytuł nie jest „sztywny”.

Faktem proszącym się o odnotowanie jest jeszcze wprowadzenie jako takiej interakcji ze środowiskiem. I choć nie jest ona przytłaczająca to samo jej występowanie może wywołać uśmiech zadowolenia na twarzy grającego.
Wejść w interakcję możemy na przykład z porozstawianymi w niektórych miejscach szafkami, możemy zestrzeliwać światła, uszkadzać gaśnice, czy też rury od ogrzewania. Jak mówiłem – nie wiele tego, jednak widać, iż krok naprzód został postawiony. A to zdecydowanie jest plus.
W sumie nie napisałem jeszcze, czy właściwie w Sons of Liberty gra się fajnie. Powiem więc tak – gra się fantastycznie! Wszystkie nowinki w połączeniu z tradycyjnymi rozwiązaniami serii sprawdzają się wyśmienicie, a gracz – niczym łańcuchami – przykuty jest do konsoli nie mogąc się oprzeć magii jaką emanuje tytuł. Naprawdę niewiele gier to potrafi.

„Snake! Snaaaake!”

Mówiąc o Metal Gear Solid 2 nie można nie powiedzieć o fenomenalnie wyreżyserowanych cut-scenkach na silniku gry, które bardzo często będziemy mieli okazję oglądać. Sądzę, że Hideo Kojimie w tej kwestii udało się nawet przewyższyć to co pokazał w poprzednim MGSie. Gra spokojnie bije na głowę większość produkcji z Hollywood (nawet tych najlepszych), a w swojej branży nie ma sobie równych. Przerywniki są dość długie, jednak okraszone zostały wspaniałym klimatem przez co ogląda się je w niezwykłym skupieniu, przeżywając każdą sekundę niczym prawdziwe wydarzenia. Jak wielu twórcom udało się coś takiego?
Scenki przepełnione są sporą dawką emocji, więc często w mocniejszych chwilach można dać się ponieść uczuciom. I to jest piękne, gdyż prawie żadna gra nie potrafi tak mocno wpłynąć na grającego. MGS2 rzeczywiście silnie oddziałuje na wnętrze człowieka - skłania do refleksji i sprawia, że na niektóre sprawy patrzy się nieco inaczej. Ta gra to nie jest jakaś popierdółka. Niesie ze sobą ważny przekaz, który ujawnia się w setkach linijek tekstu (szczególnie w rozmowach poprzez tradycyjny Codec) i właśnie w wymienionych przerywnikach. To mistrzostwo na które trzeba patrzeć z podziwem.

„Not too shabby, is it? New York, I mean?”

Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty w kwestii wizualnej prezentuje się całkowicie bez zarzutów. Pierwsze co rzuca się w oczy to niesamowicie szczegółowe modele postaci. Obdarzono je masą drobnych elementów przez co wyglądają bardzo efektownie, a zarazem realistycznie. Należy tu także odnotować wspaniałą mimikę twarzy jaką mamy okazję zaobserwować podczas cut-scenek. Na facjatach bohaterów można odczytać naprawdę wiele uczuć jakie wyrażają w danej chwili – smutek, szczęście, zdziwienie, strach. Nie ma także żadnych problemów co do kwalifikacji danej emocji, a to bardzo dobrze świadczy o jakości wykonania. Konami należą się brawa za tak rzetelną pracę.
Otoczenie także trzyma wysoki poziom i w niczym nie ustępuje temu co prezentują postacie – sporo obiektów obłożonych ładnymi teksturami, a także dokładność wykonania dają się tu we znaki. Nie można także zapomnieć o przepięknej animacji, której spowolnień raczej nie ma szans ujrzeć.
Oprawa wizualna to naprawdę mocny punkt MGS2 i można o niej mówić tylko w superlatywach.

„Excellent speech, my friend…”

Dźwięk w serii Metal Gear, bezsprzecznie odgrywa bardzo ważną rolę, o czym szczególnie można było się przekonać podczas poprzedniej misji Snake’a. Piękny soundtrack oraz genialny voice-acting pomogły grze urosnąć do miana kultowej.
Znając te fakty, twórcy i tym razem nie zlekceważyli oprawy audio. Co więcej, specjalnie na potrzeby muzyki zatrudniono hollywoodzkiego kompozytora Harry’ego Gregsona-Williamsa. Ten pan znany jest z muzyki do takich filmów jak „Twierdza” czy „Wróg publiczny”. Do spółki z japońskim kompozytorem Norihiko Hibino, stworzyli genialną ścieżkę dźwiękową, którą spokojnie można postawić obok tej z poprzedniej części przygód Solida. Co prawda lepsza to ona nie jest aczkolwiek myślę, że to drugi najlepszy soundtrack jaki słyszałem w grach video. Szczególnie ponad inne utwory wybija się Metal Gear Solid „Main Theme”, za którego aranżację odpowiada właśnie Harry Gregson-Williams.
Motyw przewodni ogólnym brzmieniem przypomina to co zaserwował TAPPY przy okazji MGSa na PSXa, jednak teraz utwór ma nieco bardziej wojenny i epicki wydźwięk. To chyba jeden z niewielu kawałków w MGS2, które poziomem wykonania mogą przewyższać nawet niektóre utwory słyszane podczas infiltracji bazy na Shadow Moses.
Widać, iż naprawdę zadbano o to by Sons of Liberty w kwestii muzyki, podobnie jak poprzedniczka, wyróżniało się na tle konkurencji. Tytuł nie ma z tym żadnego problemu – nawet takie Final Fantasy X musi uznać jego wyższość pod tym względem.

Warto jeszcze poświęcić kilka zdań voice-actingowi, który i tym razem utwierdza w przekonaniu, że Metal Gear to pozycja z najlepiej wypowiadanymi kwestiami pod słońcem. Odpowiedzialny za głos Solida, David Hayter po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty i ponownie to on najbardziej wyróżnia się na tle innych aktorów. „Jego” Snake to najbardziej wiarygodna postać z gier video w ogóle. Ma niesamowicie dużo charyzmy i czuje się w jego głosie, że naprawdę przeżył to o czym mówi. Współpraca z panem Hayterem, raz jeszcze wyszła Konami na dobre. Oczywiście pozostali aktorzy także wypadli świetnie – każdy z nich pokazał prawdziwą klasę i może być dumny z tego, że to właśnie on został wybrany do poszczególnej roli. Zresztą nie jestem sobie w stanie wyobrazić jakby ten tytuł wyglądał bez choćby jednego z nich, gdyż to właśnie im w większości powinniśmy zawdzięczać mocno nakreślone portrety psychologiczne bohaterów.

Odgłosy broni palnej, wszelakiej maści urządzeń elektrycznych, czy eksplozji także zostały oddane w sposób godzien pochwały – brzmią tak realistycznie jak to tylko możliwe.

Hideo Kojima może być dumny z tego jak spisali się ludzie odpowiedzialni za stronę dźwiękową - efekt ich pracy jest niesamowity.

„I can see the moon…even in this storm. Pale as death. I have a bad felling about this mission…”

Przyszła pora aby podsumować jak Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty prezentuje się jako całość. Jest masa argumentów przemawiających za tym, że tytuł jest pozycją wyjątkową – genialny scenariusz, cudowna muzyka, unikatowa plejada bohaterów oraz niepowtarzalny filmowy rozmach i szpiegowski klimat. W połączeniu elementy te tworzą epicką przygodę, do której zawsze można wrócić i za każdym razem odkryć coś nowego. I choć „Synowie Wolności” nie są takim kamieniem milowym w przemyśle gier video jak poprzednik, to nadal jest to produkcja, która zawiesza poprzeczkę tak wysoko, że praktycznie nikt nie ma szans sięgnąć jej pułapu. MGS2 to bardzo dobry sequel, niemal nie posiadający wad, godnie kontynuujący przygody legendarnego żołnierza Solid Snake’a. Warto, a nawet trzeba się w niego zaopatrzyć.
Dziękuję za uwagę.

„There is something I want to pass on to you…”

Ocena ogólna 9.0

Autor: Snake

Grafika 80%

Dźwięk 100%

Grywalność 90%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie