Prince of Persia: The Sands of Time

Nintendo GameCube

Utworzono: 30 stycznia 2010
Autor: Axi0maT
Odsłon:

2382

Prince of Persia to tytuł, który elektryzował wszystkich graczy na przełomie lat 90tych XX wieku. Przepiękna i niespotykana dotąd w grach precyzyjna animacja sprawiała, że nie można było wręcz oderwać wzroku od telewizora (tudzież monitora). Do tego dochodziła świetna fabuła osadzona na bliskim wschodzie i labirynty ciemnych korytarzy naszpikowane pułapkami. Nic dziwnego, że Prince of Persia odniósł tak ogromny sukces i po pięciu latach doczekał się sequela. Rynek gier rozwijał się jednak bardzo dynamicznie i legenda z czasem przemijała stając się tylko wspomnieniem sentymentalnych graczy. W 1999 roku uraczono nas nieudaną próbą przeniesienia gry w trzeci wymiar, po czym słuch o Księciu Persji ponownie zaginął. Po wieloletnich perturbacjach bohater powraca jednak w Prince of Persia: The Sands of Time. Dodać należy, że powrót to nie byle jaki, bo w pełnej chwale i blasku. Dziś na retroage serwujemy wam recenzje tej właśnie gry w wersji dla Nintendo GameCube.

Nie będzie chyba zaskoczeniem dla was drodzy czytelnicy, że akcja gry toczy się na bliskim wschodzie. W zamku Maharadży knuta jest intryga, która ma na celu obalenie władcy i przejęcie kraju przez jego odwiecznego wroga – króla Babilonu Sharamana. Motorem napędowym spisku jest wezyr, który za zdradę swojego władcy oczekuje w nagrodę tylko jednej drobnostki ze skarbca dotychczasowego pana – Klepsydry Czasu. Jak nietrudno się domyślić w rękach osoby, który potrafi zrobić z niej użytek daje władzę większą niż ta której pragnie sam Sharaman. Kiedy dochodzi do oblężenia twierdzy Maharadży, wcielamy się w młodego Księcia, syna władcy Babilonu i od tego momentu losy królestwa spoczywają w naszych rękach.

Na wstępie trzeba powiedzieć o kluczowym elemencie rozgrywki, a jest nim Sztylet Czasu (Dagger of Time), który umożliwia otwarcie wspomnianej klepsydry. Poza tym ta niewielka i niepozorna broń ma jednak ogromną moc, bowiem daje jej właścicielowi możliwość manipulowania czasem, a konkretnie jego cofanie. Co prawda zakres uwsteczniania jest niewielki i wynosi zaledwie kilka sekund, ale w zupełności wystarcza to do tego aby wybawić Księcia z wielu opresji, a przede wszystkim uniknąć śmierci. Aby korzystać z właściwości Sztyletu Czasu niezbędna jest moc, którą pozyskuje się z pokonanych przeciwników, poprzez wbicie ostrza w ich ciało. Sposób nie jest może humanitarny, ale czego to się nie robi dla ratowania królestwa pięknej Farah – córki Maharadży, która towarzyszy nam w naszej przygodzie.

Jako że głównym sprawcą zła jest wezyr to oczywiście celem gry jest jego ubicie. Aby tego dokonać będziemy musieli przedrzeć się przez niezliczoną wręcz liczbę komnat i korytarzy, które nie dość, że najeżone wymyślnymi pułapkami, których nie powstydziłby się sam bohater filmu „Piła”, to jeszcze wypchane są po brzegi sługusami naszego wroga.

Żadne przeszkody nie są jednak straszne głównemu bohaterami, bo Książe jest mistrzem akrobatyki. Niektóre wykonywane przez niego ewolucje są tak karkołomne, że gracz mimowolnie kręci głową z niedowierzaniem. Książe wbiega z rozpędu na ściany, wykonuje salta, i inne karkołomne fiflaki. Potrafi wspinać się po stokroć lepiej niż Jerzy Kukuczka, a do tego skacze na drążkach tak wyśmienicie, że akrobaci z cyrku Moskiewskiego mogliby sporo się od niego nauczyć.

Niemniej efektowne są pojedynki na broń białą, bo swoje akrobatyczne zdolności Książe wykorzystuje również w walce ze swoimi wrogami. Mamy, więc skoki nad przeciwnikami, salta, cięcia z obrotu i inne szalone ewolucje, które mają za zadanie podnieść widowiskowość starć, bo przecież w praktyce ich efektywność jest absolutnie żadna. Twórcy swój cel osiągnęli w pełni, bo każde starcie dostarcza niesamowitej satysfakcji z efektownego rozkładania przeciwników. Samych wrogów jest niestety niewielu, ale każdy z nich nie dość, że wygląda inaczej to reprezentuje również odmienny styl walki. Pokonanie pojedynczych przeciwników nie stanowi większego problemu, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Przeciwnicy pojawiają się grupami i do tego w różnych kombinacjach (po kilku z każdego rodzaju wrogów), przez co często musimy zmieniać techniki walki.

Energię witalną utraconą w walce Książę odzyskuje pijąc wodę z napotkanych fontann i źródełek. W sumie nie ma sensu polemizować o tym czy to rozwiązanie jest lepsze od tradycyjnych mikstur znanych z klasycznego Prince of Persia, bo system tak czy siak sprawdza się znakomicie, a o to przecież głównie tutaj chodzi.

W grze doskonale wyważono proporcje walki, akrobatycznego pokonywania karkołomnych przeszkód i nieskomplikowanych zagadek, bo i takowe się trafią. Dzięki temu Prince of Persia: The Sands of Time raczy nas co chwila nowymi atrakcjami i nie nudzi się tak szybko. Dodać przy tym należy, że do tak stosunkowo rozbudowanej rozgrywki wręcz idealnie wykorzystano możliwości pada. Przyznam się, że grałem w tą grę za pierwszym razem na komputerze używając klawiatury i wytrzymałem może kwadrans. Gra zniechęciła mnie niesamowicie swoim sterowaniem i prawdę powiedziawszy, gdy znajomi nakłaniali mnie do zagrania w Księcia Persji na konsoli to wciąż byłem nastawiony sceptycznie do tej pozycji. Możecie sobie wyobrazić jakież było moje zdziwienie, gdy używanie pada w rękach okazało się tak intuicyjne, że praktycznie przestałem skupiać się nad sterowaniem, a w końcu zacząłem czerpać przyjemność z rozgrywki.

Oprawa graficzna to jedna wielka ekstaza, bo o ile doskonale dopracowane gry na rynku to już nie od wczoraj domena kilku liderów światka elektronicznej rozrywki, o tyle chyba po raz pierwszy właśnie w Prince of Persia: The Sands of Time mamy do czynienia z tym zjawiskiem na taką skalę. Kunszt grafików widoczny jest na każdym kroku. Książę porusza się jak prawdziwy i nawet przez ułamek sekundy nie zachowuje się nienaturalnie. Dodając do tego detale w postaci efektu falujących włosów czy ubrania uzyskujemy obraz bohatera, którego wykonanie po prostu zapiera dech w piersiach. Dodać należy, że pozostałe postacie w grze z wrogami włącznie zrealizowane zostały w niemniej fascynujący sposób.

Architektura w grze zaskakuje wykonaniem i przede wszystkim rozmachem. O ile przez większość czasu będziemy błądzić po najeżonych pułapkami korytarzach twierdzy, o tyle po wyjściu na świeże powietrze możemy w pełni podziwiać ogrom budowli i przede wszystkim ich misterne wykonanie. Wszystko to ukazuje się naszym oczom na tle przepięknych krajobrazów. Patrząc na ekran czuć po prostu, że stanowimy tylko malutką cząstkę w scenerii, w której pierwsze skrzypce grają oczywiście wspomniane monumentalne budowle. Aby podkreślić tą całą niesamowitą architekturę w grze, można by stwierdzić, że projektanci poziomów spokojnie dostali by pracę nie tylko u emira, ale również przy budowie kolejnego Cudu Świata. Na szczególną uwagę zasługują tak naprawdę również szczegóły, którymi naszpikowana jest gra. Co rusz napotykamy wspaniale wykonane sztandary, fontanny i sadzawki z których sączy się woda do złudzenia przypominająca tą prawdziwą. Całość dopełnia niesamowita gra świateł, widoczna bardzo wyraźnie w lochach, w których mrok rozświetlają snopy światła wpadające przez niewielkie otwory w ścianach i sufitach. Piękno grafiki utrzymanej w stylu baśni tysiąca i jednej nocy wręcz wylewa się z ekranu. Ta gra to oczywisty przełom i co do tego nikt nie powinien mieć nawet najmniejszych wątpliwości.

Całość nie prezentowałaby się tak dobrze gdyby nie oprawa dźwiękowa podkreślająca akcje, w której uczestniczymy. Przez większość czasu przygrywają nam łagodne i stonowane utwory naszpikowane akcentami z bliskiego wschodu, a w trakcie walki nasze ucho pieszczą o wiele bardziej dynamiczne kawałki doskonale pasujące do pojedynków. Może wydać się to śmieszne, ale najbardziej utkwiły mi w głowie odgłosy szumu wody – zapewne ze względu na to, że jej głos słyszany już z daleka oznacza uzupełnienie energii naszego bohatera. Bardzo miło wspominam również echo katakumb, które z pewnością potęguje i tak już niesamowity klimat. Cała reszta łącznie z voice actingiem zrealizowana jest również bez zarzutu, chociaż trzeba przyznać, że nie poraża aż tak bardzo jak oprawa wizualna... a może po prostu pozostaje niedoceniona w cieniu arcydzieła jakie wykonali graficy?

Pokrótce jednak podsumujmy. Prince of Persia: The Sands of Time to kontynuacja hitu sprzed lat, nie ustępująca mu ani trochę, a może nawet lepsza od pierwowzoru. Tytuł przełomowy, dopracowany do granic możliwości. To zdecydowanie jedna z najlepszych gier na Nintendo GameCube... Zresztą nie wiem czy po tych wszystkich zachwytach, którymi wypełniony jest ta recenzja, potrzebne jest jeszcze jakieś słowo zachęty. Do konsol gracze, szkoda waszego czasu, bo możecie zagrać w tą grę zamiast tylko o niej czytać!!!

Ocena ogólna 9.3

Autor: Axi0maT

Grafika 100%

Dźwięk 80%

Grywalność 100%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie