The Legend of Zelda: Spirit Tracks

Nintendo DS

Utworzono: 14 stycznia 2010
Autor: Pious
Odsłon:

2723

The Legend of Zelda: Spirit Tracks na Nintendo DS od samego początku budziła mieszane uczucia, głównie za sprawą wprowadzenia do niej pociągu. Przyzwyczajeni byliśmy do bardziej prymitywnych form transportu, jak koń czy łódka. Jak zatem udała się autorom ta dość ryzykowna zmiana? Zapraszam do recenzji.

The Legend of Zelda: Spirit Tracks na Nintendo DS od samego początku budziła mieszane uczucia, głównie za sprawą wprowadzenia do niej pociągu. Przyzwyczajeni byliśmy do bardziej prymitywnych form transportu, jak koń czy łódka. Jak zatem udała się autorom ta dość ryzykowna zmiana? Zapraszam do recenzji.

Na wstępie nie wypada zapomnieć o tym, że Spirit Tracks jest już drugą odsłoną Zeldy na Nintendo DS. Wszyscy doskonale pamiętamy The Legend of Zelda: Phantom Hourglass. Dla niektórych była ona doskonałą grą na kieszonsolkę, dla innych zwyczajnie zubożoną i przeciętną Zeldą. Ja osobiście początkowo przystawałem przy pierwszej opinii, a później zmieniłem zdanie na drugą. Do The Legend of Zelda: Spirit Tracks podszedłem myśląc o niej jak o Phantom Hourglass. Był to zdecydowanie największy błąd jaki mogłem popełnić.

Fabuła nowej Zeldy jest dość typowa da serii, jednak mimo wszystko dużo ciekawsza niż poprzedniej odsłony. Nasz bohater jest w dniu wręczenia mu certyfikatu motorniczego i ukończenia swojej edukacji w tym kierunku. W tym celu udaje się na ceremonie do zamku Hyrule. Po ceremonii księżniczka Zelda wręczą Linkowi list ze zdjęciem pokazującym mu tajną drogę do jej komnaty. W owej siedzibie księżniczki dowiadujemy się, że coś złego dzieje się z tzw. Spirit Tracks, czyli najprościej mówiąc torami. Otóż zanikają one i w tej sprawie Zelda chce udać się do Spirit Tower. Wieży dusz opiekujących się światem. Zanim jednak do niej docieramy zostajemy zaatakowani przez kanclerza Cole i jego sługę Stavena (w amerykańskiej wersji Byrne). Zabierają oni ciało Zeldyzostawiając jej duszę osobno. I tu zaczyna się nasza przygoda. Zadaniem Linka jest odzyskanie wszystkich torów poprzez przejście świątyń oraz odzyskanie ciała Zeldy, które ma posłużyć w celu ożywienia starożytnego, uwięzionego pod wieżą demona. Tak w skrócie rysuje się fabuła nowej Zeldy.

Phantom Hourglass wywołało bardzo pozytywne odczucia za sprawą swojej oprawy graficznej. Tutaj Tyl pozostał ten sam, w zasadzie gra wygląda identycznie jak jej poprzedniczka. Mam tylko wrażenie, że nasza postać jest nieco mniejsza, co daje nam większe pole widzenia. Grafika nadal kontynuuje styl The Wind Waker. Należy dodać, że tym razem gra pełna jest wstawek filmowych z prawdziwego zdarzenia. Są one świetnie wyreżyserowane i wykonane.

Muzyka była chyba największą bolączką Phantom Hourglass. Wszyscy pamiętamy te trzy melodyjki ciągle powtarzające się. Tu autorzy posłuchali graczy i muzyka w grze jest naprawdę dobra. Miasteczka mają swoją nutę, nie zawsze taką samą, dungeony swoją, ale też nie każdy tą samą. Oklaski należą się za melodię na mapie świata. To ta sama, którą słyszeliśmy w pierwszym trailerze, wypuszczonym na krótko przed premierą. Bardzo umila czas podczas jazdy pociągiem.

Grywalność, na tym polu Phantom Hourglass również bardzo cierpiała ze względu na swoją ubogość w zadania poboczne i ogólną prostotę rozgrywki. Ponownie autorzy mieli na uwadze nasze opinie i wprowadzili wiele zmian. Tym razem gra oferuje naprawdę dużo sidequestów. Niema w każdej wiosce znajdzie się kilku mieszkańców chcących dostać się naszym pociągiem do innej części świata lub ktoś potrzebuje jakiś materiał do pracy np. żelazo. Przewóz postaci jest o tyle ciekawy, że trzeba przestrzegać znaków na drodze, więc musimy zwalniać gdzie trzeba, zatrzymać się bez szarpnięć, unikać obrażeń itd. Dungeony nie zmieniły swojej struktury, ale to jest zdecydowanie plusem w tej części. Dało to możliwość zaimplementowania mnóstwa rewelacyjnych zagadek rozciągających się na całe piętra. Na końcu każdej świątyni ponownie mamy do czynienia z genialnymi bossami. Żaden z nich nie jest na niskim poziomie, zresztą tak było już w poprzedniczce. Największą bolączką Phantom Hourglass był zdecydowanie znienawidzony przez wszystkich Temple of the Ocean King. Nic nie jest bardziej irytujące niż wracanie do tej samej świątyni kilka razy z koniecznością jej ukończenia za każdym razem od nowa na czas. Ten element nie został usunięty w Spirit Tracks, ale bardzo zmieniony. Nie ogranicza nas już czas i najważniejsze - nie jesteśmy zmuszeni do ponownego powtarzania pięter. Mamy do dyspozycji schody na wyższe piętra. To było doskonałe posunięcie ze strony autorów. Co jest najbardziej zaskakujące, to fakt, że to właśnieSpirit Tower jest miejscem gdzie nowa Zelda rozwija skrzydła. Ilość zagadek i ich zagmatwanie jest niesamowite. Nowością w tej części gry jest również pomoc Zeldy. Jak wiemy podróżuje ona z nami jako dusza i w wieży daje nam to możliwość przejmowania ciał Phantomów. Świetny pomysł, ale jeszcze lepsze wykonanie. To z kolei otwiera kolejny wachlarz zagadek. Współpracujemy nawet podczas kilku walk z bossami. Jest to wykonane rewelacyjnie i nie czuje się, że mogłoby się bez tego obyć.

Wyjdźmy jednak z wieży, bo mapa świata to znowu zmiany. Chodzi głównie o pociąg. Chyba każdy na to narzekał po pierwszym pokazie gry. Ja również. Niepotrzebnie jednak. Pociąg jest elementem, który zdecydowanie nie daje odczuć, że łódka czy koń są lepsze. Co prawda jesteśmy ograniczeni torami i nie mamy swobody poruszania się po mapie, ale czy łódka to oferowała? Tylko częściowo, bo wysiąść można było tylko na wyspach, tu wysiadamy na stacjach. Do tego podczas jazdy atakują nas przeciwnicy, najfajniejsi są Bokoblini na dzikach z Twilight Princess. Nie obyło się jednak bez irytującego elementu – wrogich pociągów. Każde zetknięcie z nimi niszczy nasz pociąg i zmuszeni jesteśmy do pokonania danej trasy o początku. Musimy zatem ustawiać tak naszą drogę, żeby ominąć te ustrojstwa. Na mapie zbieramy również króliki, są bramy z teleportami, jest miejsce również dla znanego od czasów The Wind Waker sprzedawcy. Beedle tym razem podróżuje balonem i ląduje zawsze jak damy mu sygnał dźwiękowy. Powraca również znana postać z Phantom Hourglass, jednak kto to taki nie zdradzę. Tym razem zajmuje się on sprzedażą nowych elementów do pociągu. Nie jest na szczęście to tak podkreślone jak w Phantom Hourglass i nowych części jest niewiele. Przede wszystkim nie zdobywamy ich ze skarbów, ale wymieniając za zebrane przedmioty. Nie wspomniałem jeszcze o dwóch postaciach nawiązujących do The Wind Waker. Są to Niko i Alfonzo. Wszyscy grający w The Wind Waker pamiętają małego pirata, który wymyślał nam coraz to nowe zadania w celu zdobycia bomb. Tutaj jest on, czy też jego potomek, osobą w podeszłym wieku. Pełni rolę tego dziadka, wujka czy babci, którzy zawsze mieszkają z Linkiem. Alfonzo z kolei to ten wysoki pirat z bandaną na głowie. W Spirit Tracks jest legendarnym motorniczym, czy też jest za takiego tylko uważany. Typowym elementem dla Zeldy zawsze był jakiś instrument. Zabrakło tego poprzednio, ale jest tym razem. W Spirit Tracks są to rurki zwane fletnią, która używamy tak jak zawsze do grania przy jakichś pomnikach czy postaciach. Element warty zanotowania, ponieważ doskonale wykorzystuje mikrofon. Na ekranie dotykowym ustawimy, w którą rurkę chcemy dmuchać i następnie dmuchamy do mikrofonu. Zdarzają się jednak melodyjki trudne do zgrania czasowo, bo to również się liczy. Jak już jesteśmy przy nowych przedmiotach wspomnę jeszcze o czymś co pełni podobną funkcję do dzbanka z The Minish Cap. Jest to przedmiot wywołujący malutkie tornado. Ponownie w celu wyrzucenia wiatru musimy dmuchać w mikrofon. Bez obaw, te elementy są wykonane precyzyjnie i bez żadnych niedociągnięć. Nie ma możliwości, że coś się nie uda, bo konsola nie odczyta dmuchania.

Podsumowując, The Legend of Zelda: Spirit Tracks jest miłym zaskoczeniem po Phantom Hourglass. Wiele wad tamtej gry zostało poprawionych i praktycznie nie ma na co narzekać. Przez całą grę jest co robić, żaden fragment nie jest dodany na siłę i nie wywołuje znużenia. Do tego gra świetnie wykorzystuje wszystkie możliwości konsolki oraz brzmi i prezentuje się bardzo dobrze. Nowa Zelda wystarczy na jakieś 20h nie wliczając zadań pobocznych, co jest wynikiem bardzo dobrym porównując do Phantom Hourglass. Gra zdecydowanie sprostała oczekiwaniom, a może nawet je przerosła. Gorąco polecam!

Ocena ogólna 9,3

Autor: Pious

Grafika 90%

Dźwięk 90%

Grywalność 100%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie