Wario Land: The Shake Dimension

Nintendo Wii

Utworzono: 10 grudnia 2011
Autor: Antari
Odsłon:

2354

Konsola stacjonarna Nintendo Wii, w opozycji do konkurencji, stanowi prawdziwy raj dla entuzjastów platformówek. W 2008 roku do dość obfitego grona pozycji owego gatunku dołączyła gra Wario Land: The Shake Dimension, przywracająca serię do właściwej, dwuwymiarowej perspektywy. Jesteście ciekawi czy wyszło z tego coś dobrego? Jeżeli tak, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko krzyknąć za głównym bohaterem - Wario time!

Historia ewolucji głęboko zakorzenionej na handheldowym poletku sagi Wario Land jest niezwykle interesującym zjawiskiem. Na przestrzeni kilkunastu lat Wario zaliczył kilka „skoków w bok” (niekoniecznie z wykorzystaniem „bara”), na skutek czego obecnie bardziej jest kojarzony z serią prostych mini-gierek (seria WarioWare), aniżeli inteligentnych platformerów, które zapoczątkowały jego „niesławę”. Jeżeli mogę sobie pozwolić na krótką prywatę - moim zdaniem seria osiągnęła swój szczyt grywalności wraz z trzecią odsłoną przygód zachłannego grubaska na konsoli Game Boy Color. Świetnie przemyślane plansze, ogromna ilość transformacji, dopracowana oprawa A/V, długi czas rozgrywki i zadowalający poziom trudności nie pozwalały oderwać się od kolorowego ekranu handhelda przez dni, miesiące, a nawet lata. Długo wyczekiwana kontynuacja na konsoli Game Boy Advance - Wario Land 4, mimo iż kapitalna graficznie stanowiła preludium malującego się na horyzoncie kryzysu wieku średniego. Poziomem trudności gra ewidentnie celowała w grono młodszych odbiorców, a dodatkowo niewielki czas potrzebny na ukończenie tytułu i absencja bonusów stanowiły przysłowiowy gwoźdź do trumny. Trójwymiarowa adaptacja serii w postaci Wario World na konsoli stacjonarnej Nintendo GameCube mimo, iż stanowiła ciekawą interpretację konceptu znanego z Super Mario Sunshine, niestety uwidoczniła jedynie, iż przyszłość Wario ewidentnie nie leży w trójwymiarze.

Na dalsze losy „Wariota” na konsoli Nintendo DS (w platformówkowej konwencji) pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia. Na całe szczęście twórcy przygód alter ego Mario po wielu latach poszli jednak po rozum do głowy, prezentując w 2008 roku grę Wario Land: The Shake Dimension na konsolę Nintendo Wii, która przywraca serię na właściwy, dwuwymiarowy tor, pamiętając przy tym o zasłużonych hardkowowych fanach grubaska materialisty. Czy była to właściwa decyzja i dlaczego gra w moim mniemaniu uchodzi za większe zaskoczenie aniżeli konkurencyjna, kultowa już seria Super Mario Galaxy? Po odpowiedź na te i wiele innych pytań, zapraszam do zapoznania się z poniższą recenzją.

Powrót na stare śmieci rozpoczyna utrzymane w kreskówkowej konwencji intro, z którego dowiadujemy się, w jaki sposób tym razem autorzy postanowili uzasadnić cel naszej wyprawy. Animacja, ze względu na absolutny brak voice actingu, sprawia wrażenie zaklętej w czasach kina niemego. Gdy zmuszeni jesteśmy do czytania wyświetlanych na ekranie kwestii, naszej uwadze umykają cenne fakty dotyczące tej „fascynującej i nieprzewidywalnej” historii. No cóż, jak widać koncern ma w tej kwestii stały pogląd. Wróćmy jednak do meritum – złowrogi antagonista lubujący się w trząchaniu różnymi rzeczami „The Shake King”, postanawia najechać i ograbić dobroduszną, i pacyfistycznie nastawioną nację (podobną trochę do znanych lemingów) zamieszkującą tytułową krainę „The Shake Dimension”. Klasycznie porwana zostaje księżniczka, której panteon cech nadrzędnych zaklina się w triadzie – cukierkowo słodka, niewinna i dobroduszna; a największy skarb narodu – sakiewka z niekończącą się ilością dukatów w środku, przywłaszczona przez wyżej wspomnianego niemilca. Tymczasem niczego nieświadomy Wario ucina sobie drzemkę przy akompaniamencie powszechnie puszczanych przezeń bąków, w swoim cudownym fioletowym kabriolecie. Z letargu wybudza go dostarczony przez pocztę prezent od bogini pirackich umysłów – Kapitan Syrup. Po chwili wszystko staje się jasne – ze środka tajemniczego globusa będącego kryjówką „The Shake Dimension”, wydostaje się ocalały z niewoli mieszkaniec, proszący o pomoc w wyzwoleniu swojego królestwa. Grubasek materialista początkowo niezbyt przejmuje się błaganiem swojego gościa – dopiero, gdy ten przypadkiem wspomina o skradzionym skarbie, Wario wręcz eksploduje, wyrażając zgodę na wszystko w zamian za ową sakwę. Tak pokrótce prezentuje się czysto pretekstowa fabuła recenzowanej pozycji. Niezbyt oryginalnie, lecz ważne, że proporcje w przypadku tego typu tytułów zostały należycie zachowane – fabuła nie bierze tu góry nad rozgrywką.

Wario Land: The Shake Dimension jest przedstawicielem wymierającego gatunku platformówek 2D, w których poruszamy się wyłącznie w prawo i lewo, obserwując naszą postać z boku. Naszym celem jest dotarcie do końca danej planszy, uwolnienie jednego z mieszkańców krainy i szybki powrót do początku levela. Pokonanie danego poziomu skutkuje odblokowaniem następnego i tak aż do konfrontacji z głównym antagonistą.

Chlebem powszednim gry jest eksploracja coraz to nowszych miejscówek rozlokowanych w 5 różnorodnych światach. Na każde uniwersum przypada około 5 poziomów, co daje łączną ilość 27 podstawowych lokacji, jakie przyjdzie nam pokonać. Dostęp do poszczególnych części globu kupujemy w sklepie prowadzonym przez znaną piękność - Kapitan Syrup. Za odpowiednią sumę złotych dukatów staniemy się posiadaczami mapy nowego świata, „serducha” zwiększającego pasek naszego życia lub napoju regenerującego zdrowie w podbramkowych sytuacjach. Tak, jak już pewnie zdążyliście wydedukować – w „The Shake Dimension” jesteśmy świadkami powrotu Wario w śmiertelnej formie. Czy przywrócenie tradycyjnych serduszek materializujących naszą energię życiową było dobrą decyzją? Moim zdaniem to kwestia dość dyskusyjna, która w założeniu ma podnosić poziom trudności gry. A jak jest w praktyce? No cóż, prym od zawsze w serii wiodły zagadki logiczno-zręcznościowe, których dopracowanie stanowiło o trudności danej odsłony cyklu. Uśmiertelnianie Wario wydłużyło jedynie czas rozgrywki, bo na "kłujących" przeciwników natkniemy się dość częśto. W dalszej perspektywie implikowało to będzie Game Over, równoznacznym z rozpoczęciem zwiedzania levela od nowa - jak dla mnie to strata cennego czasu, który można było poświęcić rozwiązywaniu łamigłówek. Poza wyżej wspomnianymi sercami, HUD uzupełnia wskaźnik złotych monet, które kolekcjonujemy w trakcie całej zabawy.

W większości lokacji jakie zwiedzimy, wycieczkę odbywamy na nogach sterując protagonistą torującym sobie drogę atakiem „z bara”, lecz w kilku przypadkach Wario zasiądzie za sterami łodzi podwodnej, wagonika kolejowego czy pseudo-statku kosmicznego, co stanowi dość ciekawą odskocznię od rutynowej wędrówki. Niemniej, podstawowym celem w każdym z poziomów jest odnalezienie uwięzionego obywatela „The Shake Dimension”. Po jego zlokalizowaniu i uwolnieniu, zegar zaczyna odliczać czas i zobligowani jesteśmy do szybkiego powrotu do początku danej miejscówki. Patent (którego nigdy nie byłem wielkim fanem) bliźniaczo podobny do tego zaserwowanego nam w czwartej odsłonie cyklu, tym razem wydaje się nabierać pełniejszego znaczenia, gdyż droga powrotna w większości przypadków znacząco różni się od tej, którą przybyliśmy i co ważne, opiera się na innych zagadkach zręcznościowych. Tych z kolei jest w grze całe zatrzęsienie począwszy od poziomów całkowicie skonstruowanych wokół bujania się na lianach, przełączania przycisków gumową piłką, ataków zadkiem, kręcenia na drążku, skoków po mięsożernych kwiatach, właściwego ustawienia pędów bambusa, popychania lodowych bloków, strącania sopli, ataku szarżą czy wielkich armat – wyrzutni. System, co chwila karmi nas nowymi acz sprawdzonymi wcześniej patentami np. w jednym z poziomów, mającym miejsce na pędzącym z ogromną prędkością pociągu, wieje dość silny wiatr utrudniający nasze ruchy i poprawne oddawanie skoków. Plansze wypełnione są po brzegi różnorodnymi oponentami - moimi faworytami są ci z widelcami na głowach, z których bez trudu możemy sobie zrobić dodatkową półkę skalną, rzucając nimi o ścianę, aby dostać się w zawoalowane dotąd miejsce. Obrazek uzupełniają rozlokowane na wszystkich levelach przedmioty typu worki z monetami, eksplodujące bomby i diamenty.

Wyzwania, to element, który oddzieli w grze Wario Land: The Shake Dimension, chłopców od mężczyzn. Każdy poziom przyprawiony został o listę kilku szalonych osiągnięć zróżnicowanych stopniem trudności. Pokonanie danej miejscówki w określonym limicie czasowym, bez utraty życia, niszcząc wszystkie dostępne na niej bomby czy unikatowego, złotego przeciwnika to tylko kilka przykładów z bogatej ich biblioteki. Tak naprawdę to właśnie wyzwania ukazują jak wspaniale przemyślaną konstrukcją poziomów może poszczycić się opisywana produkcja. Na uwagę zasługuje też świetne rozlokowanie checkpointów – znajdują się dokładnie tam gdzie powinny. Ich geniusz docenicie podejmując próbę zaliczenia wszystkich wyzwań czasowych - niektóre levele powtarzać będziecie po kilkadziesiąt (jeżeli nie kilkaset) razy i kluczową komendą będzie szybkie manualne resetowanie poziomu umożliwiające błyskawiczny powrót wprost do punktu kontrolnego - autorzy ewidentnie zadbali o to, aby grało nam się możliwie jak najwygodniej. I chwała im za to!

Długie i niegdyś zupełnie niewystylizowane pazury Wario w temacie umiejętności i form, jakie był w stanie przybrać, zostały w przyszłej interpretacji jego przygód solidnie przystrzyżone. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu z gry całkowicie wyleciał Wario oplątany robaczą siecią, pod postacią zombie, krwiożerczego wampira, sprężyny, a ponadto utracił zdolność unoszenia się na skutek reakcji alergicznej po ukąszeniu przez pszczołę, pływania, znikania (niewidzialności) czy lewitowania po spłaszczeniu przez walec. Nie skłamię chyba pisząc, że autorzy wykastrowali ten tytuł z 80% transformacji znanych z poprzednich, wzorcowych odsłon cyklu, co niestety jest dość widoczne. W ich miejsce wepchnięto dwie nowe, na szczęście bardzo udane wariacje postaci głównego bohatera, które są elementami dominującymi łamigłówek w większości poziomów. Pierwsza z nich to coś w rodzaju niekontrolowanej szarży – Wario po wejściu do specjalnej maszyny rozpoczyna szalony bieg, wymachując rękoma. Naszym zadaniem jest umiejętne oddawanie skoków i korygowanie kierunków w celu doprowadzenia go do pożądanego miejsca. Wymaga to dużej precyzji i koordynacji na linii ręka-oko, gdyż każde bliższe spotkanie ze ścianą, nieruchomym elementem przerywa transformację i koniecznym jest powrót do urządzenia przemieniającego. Szarżujący Wario jest w stanie biegać po wodzie, przebijać niewzruszalne dotąd bloki skalne, a nawet spenetrować niedostępne wcześniej szczeliny jeżdżąc na brzuchu. Dodatkowo, pierdzący grubasek w wyniku owej przemiany porusza się o wiele szybciej niż normalnie, co przydaje się niezmiernie, gdy zależy nam na pobiciu rekordu czasowego planszy. Odkrycie właściwej drogi wymaga dobrej strategii i refleksu – wielokrotne podejścia murowane! Moim zdaniem, najlepsze zagadki zręcznościowe w „The Shake Dimension” zostały zaprojektowane właśnie z wykorzystaniem owego patentu. Drugą innowacją obecną w grze, jest swoiste nawiązanie do dorobku historycznego serii – mały Wario zalicza swój wielki comeback. Za jego pomocą zwiedzimy niskie, niedostępne wcześniej połacie terenu. Oczywiście nie omieszkano delikatnie upstrzyć kilkunastu leveli paroma starymi, klasycznymi transformacjami pokroju płonącego Wario czy oblepionego kulą ze śniegu. Niestety zagadki z ich wykorzystaniem stoją na o wiele niższym poziomie i nie wymagają zbytniego wysilenia szarych komórek. Bawią, bo ich animacja wygląda kapitalnie, ale daleko im do kunsztu pozostałych – ot, rozwiązanie jest nazbyt oczywiste, zawsze podane na srebrnej tacy. Odpowiedź na pytanie, dlaczego występuje tu tak rażąca dysproporcja jest prosta – widać, że za popełnienie tytułu odpowiedzialne są osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z poprzednimi odsłonami serii (m.in. tymi na handheldach). Nowości prezentują się kapitalnie i idealnie współgrają z szerokim wachlarzem elementów otoczenia, starocie natomiast – dość standardowo i bez rewelacji.

Tradycyjnie dla serii we wszystkich poziomach rozlokowane zostały po trzy skarby, które niestety ponownie zostały zdegradowane z poziomu clou programu do zaledwie „ cichej alternatywy”. Zapomnijcie o przedmiotach poszerzających nasze pole eksploracji i realnie oddziaływujących na otoczenie. Pożegnajcie kilka dostępnych zakończeń odpowiednio uzasadnionych przez naszą „chciwość” w toku rozgrywki. Tytuł możemy ukończyć nie zbierając ani jednego skarbu (poza złotodajną sakwą), co doskonale ukazuje, jaką drogę przebył poczciwy Wario na przestrzeni tych kilku lat.

Na osobny akapit zasłużyły sobie konfrontacje z bossami, stojące na naprawdę przyzwoitym poziomie. W poprzednich odsłonach serii, mimo iż szefowie stanowili wysoce niecodzienną galerię osobowości, to wszyscy cechowali się jednym – niskim poziomem trudności i dość oczywistym sposobem anihilacji. W Wario Land: The Shake Dimension, twórcy wykonali iście stumilowy krok dla serii, w dziedzinie niewerbalnej wymiany zdań ze szwarccharakterami. Każdy z nich odznacza się niecodziennym wyglądem – zmierzymy się z kamiennym robotem, gigantycznym mięsożernym kwiatem, lewitującym kucharzem, a nawet powracającym głównym antagonistą z części trzeciej. Co jednak istotne, potyczka z każdym z nich, polega na użyciu skrajnie różnych umiejętności Wario – np. w przypadku nadętego Klauna, cała walka podporządkowana została błazeńskim akrobacjom na drążku, a batalia z lewitującym kucharzem opiera się na przekarmieniu go eksplodującymi bombami. Autorzy gry zadbali abyśmy, mówiąc kuriozalnie, za każdym razem robili coś innego, co wspaniale oddziałuje na lepsze doznania płynące ze spotkań z adwersarzami. Poziom trudności także drgnął znacznie w górę, dzięki czemu rozgrywka jest nareszcie przyjemnie wymagająca. Szereg dostępnych wyzwań narzucanych przez grę, jak choćby pokonanie bossa bez utraty życia czy w określonym limicie czasowym, przywodzi na myśl te, które dobrowolnie nakładają na siebie fani znanej serii Mega Man, co dla mnie jest sporym plusem.

Sterowanie to w przypadku platformówki rzecz niemal święta. Z wielką ulgą napiszę, że w Wario Land: The Shake Dimension zostało ono idealnie rozwiązane, dzięki całkowitemu powrotowi do korzeni, czytaj im mniej klawiszy tym lepiej. Przed przystąpieniem do gry system prosi nas o odpięcie Nunchucka i ustawienie Wii Remote w pozycji horyzontalnej, tak, że trzymamy go niczym pad od konsoli NES. Osobiście nie wyobrażam sobie, w jaki sposób można by to zrobić lepiej. Krzyżak zastępuje klawisze kierunkowe, natomiast 1 i 2 to kolejno uderzenie „z bara” oraz skok. Ponadto tytuł, jak chyba każdy pod opiekuńczym skrzydłem matczynego koncernu Nintendo, odważnie i (w większości przypadków) z głową, implementuje do świata gry sterowanie ruchem. Mocno, pojedynczo przechylając Wii Remote w dół wykonamy potężne uderzenie wybijające i ogłuszające pomniejszych przeciwników w powietrze. Wychyleniami kontrolera kolejno w prawo i lewo korygujemy trajektorią lotu wyrzuconego oponenta, drogą łodzi podwodnej, wagonika czy statku kosmicznego. Gdy w opuchłe i lepkie łapska Wario wpadnie charakterystyczny przedmiot tej odsłony sagi – wór z kosztownościami, to poprzez trząchanie Wii Remote sprawimy, iż ekran pokryje cała masa szczerozłotych monet. Trząść można także złapanymi przeciwnikami, którzy zazwyczaj noszą przy sobie czosnek odnawiający energię życiową Wario. Wszystkim tego typu rozwiązaniom jestem w stanie przybić piątkę, jednakże osobiście sterowanie łodzią podwodną przypisałbym wyłącznie do krzyżaka – po wyczerpującym dniu nie bardzo uśmiecha mi się siedzenie jak słup soli w jednej pozycji i delikatnie przekrzywianie pilota przez cały poziom.

Jeżeli chodzi o replayability recenzowanego tytułu, to spotkałem się z nie lada niespodzianką, za sprawą której materiał, który właśnie zgłębiacie przybrał taką a nie inną formę. The Shake Dimension z gracją podejmuje próbę zatrzymania nas przed ekranem na dłużej, dzięki zawarciu contentu, który w szczególności ucieszy hardkorowców. Po dzielnym przebrnięciu przez wydarzenia głównej osi fabularnej, w niektórych poziomach odblokowuje się wyzwanie polegające na odnalezieniu, w różnych zakamarkach areny, enigmatycznej mapy. Rozwiązanie lekko przywodzi na myśl koncepcję łańcucha przyczynowo-skutkowego znanego z trzeciej części cyklu, gdyż z kolei wyżej wspomniane mapy, odkrywają nowe, świeże areny, prawdziwie testujące nasze umiejętności. Podobnie jak w drugiej części ponadczasowej gry Super Mario Bros., w której pojawił się dopisek „For Super Players”, tak i tutaj, w nowych levelach większość zagadek stoi na „nieco” wyższym poziomie aniżeli w tych dostępnych od początku. Zapewniam, że jeżeli liczyliście na szybkie i łatwe wyciśnięcie ostatnich soków z opisywanej pozycji, to solidnie się zawiedziecie. O ile przez poziomy „fabularne” przebrnąłem praktycznie na jednym oddechu, tak tutaj spotkałem się kilkukrotnie z nie lada frustracją, co nieczęsto zdarza mi się, jako fanowi platformerów. Z pokorą stwierdzam, że gra weszła mi pod paznokieć jak za starych dobrych czasów. I bardzo dobrze! Co ciekawe niektóre wyzwania jak choćby detonacja 3 bomb w tym samym czasie czy anihilacja 3 oponentów jednocześnie za pomocą piłki, wymagają nie tyle małpiej zręczności, co chwili refleksji nad rozwiązaniem danego problemu. Bicie głową w mur na nic się tu nie zda. Podobnie niektóre ze skarbów potrafią ostro zajść za skórę – m.in. w lokacji Boogie Mansion, w którym skrzynie z kosztownościami są nawiedzone i zamiast skrywać drogocenne przedmioty, pożerają nas żywcem. Odkrycie ich tajemnicy pozostawiam wam samym. Do średnio bogatej puli 27 podstawowych miejscówek dodane zostaje 13 nowych, w wyniku czego liczba 40 poziomów przypadających na grę już robi wrażenie. Po odfajkowaniu wszystkich wyzwań w danej lokacji, w Menu głównym swe podboje otwiera przed nami Media Room, w którym odsłuchamy melodie, jakimi bombardowani jesteśmy w trakcie naszej eskapady. Szczerze wątpię, że ktokolwiek zajrzy tu z powodu innego niż ciekawość, lecz sam fakt istnienia owego miejsca podnosi odrobinę wartość tej części przygód Wario. Listę bonusów zamyka dostępna z poziomu Menusów, opcja Treasure, w której przeglądamy setkę zdobytych w toku zabawy skarbów – każdy z nich sygnowany ironiczno-humorystyczną notką, wyjaśniającą, z czym mamy do czynienia. Przy odrobinie szczęścia, nawet można się uśmiechnąć.

Oprawa graficzna poza fenomenalną konstrukcją poziomów jest jedną z głównych kart atutowych recenzowanej pozycji. Dostępne miejscówki stanowią pakiet podstawowych aren charakterystycznych dla każdej platformówki (lodowa, wulkan, Egipt, dżungla, ocean, nawiedzony dom, lunapark itd.). Ich wykonanie to istny majstersztyk, po raz pierwszy w serii zdecydowano się odejść od „pixel artowej” oprawy, zastępując ją ręcznie malowanymi tłami, postaciami. Dzięki temu całość do złudzenia przypomina interaktywną kreskówkę. Kapitalnie prezentuje się zwłaszcza organiczna dżungla przepełniona ożywioną florą i fauną z padającym deszczem w tle. Wykonanie poszczególnych lokacji budzi podziw, aczkolwiek zdarzają się także słabsze, nieco puste tła i ogólnie oprawę wizualną postawiłbym niżej niż ta zaserwowana nam w perfekcyjnym Muramasa: The Demon Blade czy Rayman Origins. Animacja Wario i głównych szefów to temat wręcz zasługujący na etiudę. Sylwetka głównego bohatera w trakcie ataku „z bara”, lotu z tymże, poszczególnych transformacji, wspinaczki po drabinie, szarży czy gramolenia się do wnętrza rury hydraulicznej po prostu kładzie konkurencję na kolana. Nareszcie w pełni widać, że mamy do czynienia z „niegrzeczną” wersją Mario. Zdecydowanie jest to najwyższa półka 2D, z jakim mamy do czynienia na konsoli Nintendo Wii. Zaszokowała mnie także dbałość o detale – nie wiem jak was, ale mnie zawsze w platformówkach dwuwymiarowych denerwowało, że zmianie oświetlenia w lokacji nie towarzyszy odpowiednie ocieniowanie „sprajta” głównego bohatera. Skutkowało to tym, że level był ciemny, a protagonista rozświetlony niczym jarzeniówka. Tutaj, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, pozytywnie zaskoczyło mnie przejście z ciemnej jaskini do oślepiająco jasnej pustyni. Brawo!

Pomimo powszechnych "ochów i achów" nad oprawą, znalazło się tutaj parę potknięć - i tych większych i mniejszych. Do tych pierwszych należy zaliczyć fakt, iż gra jest wyświetlana wyłącznie w trybie 4:3, co w dzisiejszych czasach budzi wyłącznie szyderczy uśmiech. Zmuszeni jesteśmy do podziwiania dziwnych brązowych pasków z prawej i lewej strony ekranu. Autorzy na szybko starali się jakoś temu zaradzić wrzucając tam różne wskaźniki typu ilość zaliczonych wyzwań czy zgromadzonych dotąd skarbów. Nie da się jednak ukryć, że nie wygląda to zbyt estetycznie. Tytuł ewidentnie tworzony był w czasach, w których 16:9 nie było jeszcze powszechnym standardem. Pytanie tylko czy nie można było tego poprawić, wydłużając premierę o np. miesiąc? Efekt na pewno byłby lepszy. Poziomy zamiast stanowić jednolitą całość pozbawioną jakiegokolwiek doczytywania danych, zostały podzielone na sektory, pomiędzy którymi przechodzenie okupione jest chwilowym zaciemnieniem ekranu - z jednej strony trochę szkoda, że nie udało się osiągnąć pełnej płynności w zwiedzaniu terenów. Z drugiej natomiast, owe rozwiązanie równoważy poziom trudności niektórych zagadek z użyciem szarży, co docenią młodsi odbiorcy – o wiele łatwiej nauczyć się poszczególnych fragmentów levela na pamięć i później posklejać je w całość, niż być zobligowanym do wykucia całej konstrukcji lokacji. Puryści z pewnością dostrzegą także, iż gro poziomów dodatkowych, odblokowujących się po przejściu gry, stanowi wyłącznie pokolorowane kalki tych wcześniejszych, znanych z wątku fabularnego. Dla przykładu zmianie ulega pora dnia czy kolor elementów otoczenia. Trochę brakuje nowych kreacji stworzonych specjalnie, jako nagroda dla wybitnie „wytrwałych”. Czy należy to zaliczać jako wadę opisywanej pozycji? Sami oceńcie.

Wario Land: The Shake Dimension, fonicznie brzmi dość standardowo i tak w rzeczywistości jest. Wszystkie utwory absolutnie niczym się nie wyróżniają z tłumu i stoją na pewnym „Nintendowskim” poziomie. Soundtrack charakteryzuje się dość sporą różnorodnością znalazło się nawet miejsce na orkiestralną wariację stanowiącą połączenie motywu przewodniego z Indiany Jones’a z kawałkami wprost z dzikiego zachodu. Nie sposób się tutaj przyczepić do czegokolwiek, jednakże zabrakło kultowych utworów, które mogłyby być głównym daniem naszych kakofonii pod prysznicem. Dźwiękowo jest o wiele lepiej, Wario w trakcie wykonywania danych ruchów rzuci czasami swoje „Waaaario” czy „Oł Yeaaah”, których wokaliza klasycznie, silnie nacechowana jest szaleństwem. Odgłosy wydawane przez elementy otoczenia – przełączniki, bomby czy oponentów, a także te towarzyszące Wario w trakcie różnych ruchów, skoków, ataku zadkiem brzmią dokładnie tak jak powinny w rzeczywistości, jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi.

Nawiązując do pytania zawartego we wstępie - Wario Land: The Shake Dimension to dla mnie prawdziwe zaskoczenie roku, o wiele większe aniżeli miało to miejsce w przypadku serii Super Mario Galaxy. W przypadku tego drugiego sukces był wyłącznie formalnością – należało się spodziewać gry długiej, niezwykle miodnej i przepełnionej nietuzinkowymi acz sprawdzonymi patentami – i tak w rzeczywistości było. Jeżeli chodzi natomiast o grę Wario Land: The Shake Dimension to sprawa nie była tak jednoznaczna – oczekiwałem wzorem części czwartej na Game Boy’a Advance, gry bardzo łatwej i krótkiej, pozbawionej konfitur zdolnych przekonać mnie do ponownego sięgnięcia po tę pozycję – ot taki „miodny jednostrzałowiec”. Ku mojemu zaskoczeniu tytuł okazał się być niezwykle zrównoważony, piękny wizualnie oraz przystępny zarówno dla graczy niedzielnych, których zadowolą poziomy głównego wątku fabularnego, jak i hardkorowców, żyłujących rekordy i odblokowujących dodatkowe poziomy, stanowiące prawdziwe wyzwanie. Tytuł można śmiało pokonać w 5 godzin, lecz jeżeli zależy wam na spenetrowaniu wszystkich dodatkowych lokacji i wyśrubowaniu dostępnych w nich wyzwań spędzicie z nią trzy, a nawet cztery razy tyle czasu. Gra jest także w moim mniemaniu o wiele trudniejsza aniżeli politycznie poprawne dwie cześć przygód hydraulika. Przyznaję się bez bicia, że nad każdym z dodatkowych wyzwań przesiedziałem o wiele dłużej aniżeli w trakcie mojej ekspedycji w poszukiwaniu wszystkich ukrytych gwiazd w Super Mario Galaxy 2. Kto wie, być może cymes tkwi w dwuwymiarowej perspektywie, narzucającej pewne ograniczenia i wymuszającej lepszą konstrukcję zręcznościowych pułapek? Jeżeli tak, to wyrażam głęboki szacunek dla twórców i w geście pokory proszę o kontynuację. Tytuł polecam każdemu, niezależnie od wieku i umiejętności manualnych. Trząchanie to nic strasznego.

Ocena ogólna 8.3

Autor: Antari

Grafika 80%

Dźwięk 80%

Grywalność 90%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie