![]()
Ciężki żywot takiego pogromcy insektów. Zlecają ci pozbycie się jednej wrednej stonogi, a ta nie dość, że po niefortunnym trafieniu rozczłonkowuje się na dwie nowe, to jeszcze po jej ubiciu w kółko pojawiają się następne. Do tego wokół kręcą się jakieś pająki, skorpiony czy muchy. No ale cóż — pozostaje zakasać rękawy i wziąć się do roboty.
W latach 80. ciężko było znaleźć kobietę działającą w branży gier wideo. Najbardziej znanym przypadkiem była Carol Shaw — autorka River Raid, o którym pisaliśmy już na naszej stronie. Centipede to drugi znany przykład, w którym Dona Bailey odpowiadała za połowę programistycznej pracy przy tej grze. Drugą połowę projektu nadzorował jej kierownik, Ed Logg, który oprócz kodu odpowiadał również za design. Chciał stworzyć grę, która przyciągnie do salonów arcade także kobiety. Posłuchał sugestii Bailey, która stwierdziła: „Naprawdę lubię pastele… Naprawdę chciałam, żeby gra wyglądała inaczej, żeby była wizualnie przyciągająca”.
Bailey zainteresowała się grami kilka lat wcześniej — po przesłuchaniu piosenki „Space Invader” zespołu The Pretenders postanowiła zagrać w Space Invaders. W ten sposób złapała bakcyla. Oboje pracowali oczywiście pod szyldem Atari.
Ich twór był jedną z czterech najbardziej dochodowych gier arcade w USA w 1982 roku. Port na Atari VCS sprzedał się natomiast w liczbie 1 475 240 egzemplarzy, stając się 11. najlepiej sprzedającą się grą na tę platformę.
Tbxx pewnie się wkurzy, że znowu recenzuję grę na Atari, ale trudno. Centipede na Atari 7800 jest na tyle dobrą produkcją, że warto poświęcić jej kilka słów. Sterujemy Bug Busterem ulokowanym u dołu ekranu i strzelamy — w sumie cholera wie z czego — do olbrzymiej stonogi, która pojawia się na górze planszy. Sunie ona horyzontalnie, schodząc o jeden poziom niżej za każdym razem, gdy dotknie krawędzi ekranu, przedzierając się przez planszę pełną grzybów.
Grzybki nie są jedynie tłem i pełnią kilka funkcji. Przede wszystkim wkurzają, bo zasłaniają nasz cel. Można je co prawda zniszczyć, ale wymaga to czterech trafień, a ponieważ strzelamy pojedynczymi pociskami, trwa to dość długo — a czasu zazwyczaj nie mamy zbyt wiele. Za zniszczenie jednego grzyba otrzymujemy jeden punkt. Co więcej, stonoga po dotknięciu grzyba schodzi o jeden poziom w dół i zmienia kierunek ruchu.
Jeśli trafimy mniej więcej w środek stonogi, ta rozdziela się na dwie mniejsze, które podążają dalej ku dołowi każda własnym torem, dodatkowo utrudniając sprawę. Trafienie w inny segment powoduje skrócenie owada, a oderwany fragment zamienia się w grzyba. Gdy oberwie głowa, znika ona, a kolejny segment staje się nową głową. Po dotarciu na sam dół stonoga zaczyna cofać się w górę, a na czwartym poziomie od dołu pojawia się sama głowa wija, poruszająca się jeszcze szybciej niż cała stonoga. I tak w kółko — aż zniszczymy głowę i całego delikwenta.
Po jej śmierci pojawia się kolejna stonoga, a ponieważ wszystkie grzyby pozostają na ekranie, następne mają znacznie krótszą drogę na sam dół, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację Bug Bustera.
Oprócz stonogi na ekranie pojawiają się także inni upierdliwcy. Mucha porusza się pionowo i zostawia po drodze grzyby. Pająk z kolei biega zygzakiem i niszczy każdy grzyb, którego dotknie. Skorpion zatruwa grzyby, a gdy stonoga się z takim zetknie, pędzi w dół ekranu i wraca do normalnego zachowania dopiero po dotarciu na dół. Jest to rozwiązanie jednocześnie fajne i niefajne — fajne, bo łatwiej wtedy ją zabić, niefajne, bo może nas zabić niemal natychmiast, zwłaszcza jeśli zdążyła się wcześniej podzielić. Oczywiście kontakt z każdym innym wrogiem również kończy się utratą życia. Ta jest o tyle bolesna, że wszystkie zniszczone lub uszkodzone grzyby (chyba w żadnej innej recenzji nie użyłem tyle razy tego słowa!) odnawiają się.
Jak widać, te właśnie grz… przeszkody dodają rozgrywce sporego urozmaicenia. Trafiając w segmenty stonogi, sami na bieżąco budujemy pole gry, przez co każda rozgrywka różni się od poprzedniej. Centipede jest przy tym na tyle dynamiczny, że nie ma mowy o nudzie. Kolejni wrogowie pojawiający się na ekranie, z których każdy potrafi namieszać na swój sposób, zmuszają nas do szybkiego reagowania i pilnowania kilku miejsc na planszy jednocześnie.
Sterowanie jest niezwykle precyzyjne. Co prawda nie jest to trackball znany z automatów, ale joystick reaguje płynnie i dokładnie na nasze polecenia. Port na Atari 7800 oferuje także tryb kooperacji, umożliwiający grę dwóm osobom jednocześnie. Choć w wielu innych grach wiąże się to ze spadkiem płynności, tutaj nie czuć żadnych spadków klatek. Ba — we dwójkę gra się jeszcze przyjemniej.
Muzyka, mimo lekko odmiennej tonacji, zachowała ducha oryginału i każdy, kto miał styczność z wersją arcade, poczuje się jak w domu. Podobnie jest z grafiką — choć dość oszczędna jak na możliwości Atari 7800, wyraźnie nawiązuje do stylistyki oryginału z wczesnych lat 80. Patrząc na to z tej perspektywy, wypada naprawdę dobrze.
Uważam, że port Centipede na Atari 7800 to pozycja obowiązkowa dla fanów oryginału. Wzorowo przenosi wszystkie mechaniki i dodaje niezwykle wciągający tryb kooperacji. Polecam zagrać.
Centipede
ATARI 7800
