![]()
W czasach, gdy grafika 3D była odległym marzeniem, a gry mieściły się w kilobajtach pamięci, Defender z 1981 roku stanowił przełom w gatunku strzelanek. Przeniesienie tej kultowej gry arcade na domową konsolę Atari 2600 było sporym wyzwaniem – zarówno technicznym, jak i projektowym. Mimo licznych ograniczeń sprzętowych, Defender na Atari zdołał uchwycić ducha oryginału i zaoferować graczom dynamiczną, wciągającą rozgrywkę. Ale jak ta wersja wypada z perspektywy czasu? Czy nadal potrafi bawić, czy raczej jest reliktem minionej epoki? Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Twórcą oryginalnej wersji gry był Eugene Jarvis, który wcześniej programował flippery dla firmy Williams. Defender to jego pierwsza gra wideo, inspirowana takimi hitami jak Asteroids czy Galaxian. Podobnie jak w tamtych tytułach, obcy znów sprawiają problemy – tym razem porywają ziemskich astronautów z bliżej nieokreślonej planety. Jak się można domyślić, wsiadamy do kosmicznego myśliwca i rozpoczynamy ostrzał najeźdźców.
Choć opis fabuły brzmi banalnie, Defender znacząco wyróżniał się na tle swoich poprzedników i przeniósł gatunek kosmicznych strzelanek na nowy poziom. Prawdziwą rewolucją było scrollowanie ekranu – wraz z ruchem naszego statku plansza przesuwa się w obie strony, odsłaniając wcześniej niewidoczne obszary. To rozwiązanie zwiększyło zarówno rozmiar planszy, jak i poziom trudności, a większa różnorodność pojawiła się jako naturalny efekt uboczny. Gra nabrała dynamiki, której brakowało bardziej statycznym produkcjom. Możliwość poruszania się w cztery strony była wówczas nowością i w dużej mierze przyczyniła się do sukcesu gry.
Na uwagę zasługuje również zróżnicowane zachowanie przeciwników – każdy wymaga innej strategii. Baiters prowokują nas do błędów, szybując nad głową. Swarmers lecą prosto na nas niczym kamikadze. Najciekawszym przeciwnikiem są jednak Landers, którzy zamiast atakować nasz statek, próbują porwać astronautów z powierzchni planety. Musimy nie tylko temu zapobiec, ale także łapać cywilów spadających z zestrzelonych statków. Jeśli tego nie zrobimy, przemienią się w mutanty – szybsze, groźniejsze i strzelające do nas. Pojawią się też Pods, z których wysypują się Swarmers, oraz Bombers zrzucające zabójcze ładunki z góry.
Naszą podstawową bronią są laserowe działka strzelające w linii prostej. Dodatkowo na starcie otrzymujemy trzy tzw. smart bomby, niszczące wszystkich przeciwników widocznych na ekranie. Statek posiada też funkcję hyperspace, przenoszącą nas losowo po mapie – ryzykowną, bo często kończy się to eksplozją. Zaczynamy z trzema życiami. Kolejne życie i bombę dostajemy co każde zdobyte 10 000 punktów. Po zniszczeniu wszystkich wrogów przechodzimy do następnego poziomu. Jeśli nie uratujemy astronautów – planeta eksploduje, a jej powierzchnię opanowują mutanci. Pokonanie wszystkich fal odradza planetę.
Port na Atari 2600 oferuje aż 20 wariantów rozgrywki. Większość z nich zwiększa prędkość gry i poziom trudności. Można też zacząć od już zainfekowanej planety lub pominąć pierwsze fale przeciwników. Ustawienie opcji trudności na konsoli na poziom A powoduje, że nasz statek porusza się wolniej niż przy standardowym ustawieniu B.
Niestety, ograniczenia sprzętowe Atari 2600 nie pozwoliły na wierne odwzorowanie wersji automatowej. Sprite’y mają mniej kolorów i szczegółów – astronauci to po prostu białe kwadraty. Wrogowie również wyglądają gorzej i pojawiają się w mniejszej liczbie. Góry w tle zastąpiono budynkami, a tekst jest większy. Pozytywnie wyróżnia się radar na górze ekranu, który dobrze pokazuje pozycję wrogów i astronautów. Scrollowanie ekranu jest zaskakująco płynne, a efekt wystrzału lasera – dzięki tęczowym barwom – robi wrażenie.
Niestety, największą bolączką wersji na Atari jest migotanie ekranu. Konsola nie radzi sobie z wyświetlaniem wielu obiektów naraz, co skutkuje miganiem sprite’ów i radaru – bardzo męczącym dla oczu. Po każdym wystrzale nasz statek, część wrogów i ich pociski potrafią znikać. Użycie smart bomby lub hyperspace często uniemożliwia ocenę, czy akcja się udała. Szybko przestaje się chcieć ratować astronautów, skoro pojawiają się i znikają jak Magik w teledysku. A szkoda – bo wiele elementów, jak efekty specjalne czy dźwięki, zostały odwzorowane całkiem wiernie. Melodia rozpoczynająca poziom zachowała swój urok.
Defender już na automatach uchodził za trudną grę, ale opisane powyżej problemy jeszcze ten poziom zwiększają. W tak dynamicznej rozgrywce precyzyjne sterowanie i dobra detekcja kolizji są kluczowe – jednak ciągłe migotanie przeciwników sprawia, że często giniemy bez własnej winy. Wrogowie i ich pociski potrafią pojawić się nagle, bez ostrzeżenia. Dodatkowym utrudnieniem jest tylko jeden przycisk na joysticku – podczas gdy wykonujemy trzy różne akcje. Strzelanie odbywa się standardowo, ale aby aktywować smart bombę, musimy znajdować się poniżej powierzchni miasta i wtedy nacisnąć przycisk. Do hyperspace’u – trzeba wznieść się ponad radar i również nacisnąć ten sam guzik. Przyznacie, że to dość niewygodne – i takie właśnie jest.
Mimo popularności, jaką cieszył się Defender na Atari 2600, nie potrafię się do niego przekonać. Nie sądzę też, by dziś zrobił większe wrażenie. Próg wejścia jest wysoki, a gdy już zrozumiemy zasady, zirytują nas liczne problemy techniczne. Na szczęście kolejne komputery Atari otrzymały dużo lepsze wersje Defendera – ale o tym napiszę innym razem.
Defender
ATARI 2600

Oj tyralo sie w Defendera! Gre bardzo lubie bo to taki tytul na odreagowanie, na dwie czy trzy partyjki i mozna leciec do kolejnej gierki. Wersja na Atari 2600 bardzo dobrze podsumowana w recenzji -bomby i skok w nadprzestrzen w zasadzie bez sensu i bezuzyteczne. Miganie obiektow mi az tak bardzo nie doskowieralo ale… nie da sie ukryc ze to faktycznie chyba najslabszy z dostepnych portow Defendera. Wyszedl chyba tylko dlatego, ze w tamtych czasach na A2600 wypadalo konwertowac wszystko co sie dalo.
Gra robiła furorę na automatach, więc założono, że to sprawdzony hit na konsolę. Niezależnie od tego, że Atari 2600 było za slabe, by wiernie odwzorować rozgrywkę. Sprawdziłem też wersję na mocniejszą platformę, ale o tym przeczytacie za jakiś czas. 😉