![]()
Powstające współcześnie gry niezależne mają dużo wspólnego z ulubionymi przez nas tytułami „retro”. Tworzone często przez jedną osobę lub kilkuosobowy zespół, bez wsparcia dużych wydawców, gdzie jedynym kosztem są poświęcone roboczogodziny. Największą ich wadą z punktu widzenia kolekcjonerów-zbieraczy, jest fakt, iż dostępne są one zazwyczaj jedynie w wersji cyfrowej, a nieliczne wydania fizyczne stanowią limitowane edycje kolekcjonerskie. Jednym z wyjątków jest składanka Indie Heroes Collection 1 na konsole Evercade, na której znajdziemy aż 14 tytułów. Przy takiej ilości gier mogą powstać pytania o ilość „gruzu” oraz o to, czy znajdziemy tam jakąś „perełkę”.
Gry na Evercade w większości stanowią zrzuty (rom, iso itp.) zawartości nośników z retro platform do gier (konsol oraz komputerów) uruchamiane za pomocą wbudowanych emulatorów. Dlatego też, przy każdym tytule będę umieszczał informację na temat pochodzenia danej pozycji.
Alien Cat 2 to stworzona przez rosyjski zespół PSCD konwersja gry logiczno-zręcznościowej dostępnej na STEAM dla platformy Sega Mega Drive. Aczkolwiek „konwersja” nie jest w tym przypadku zbyt precyzyjnym określeniem, ponieważ produkcja została solidnie rozbudowana w stosunku do oryginału – znajdziemy tu przede wszystkim zwiększoną do 30 liczbę poziomów (8 więcej), animowane intro oraz animacje pomiędzy poziomami. Jak możemy przeczytać w opisie – cyfra „2” nie oznacza drugiej części a liczbę Kosmicznych Kotków które będziemy jednocześnie kontrolować podczas eksploracji nieznanej planety. Informacja ta nie jest jednak prawdziwa – na STEAM jest dostępna gra „Alien Cat”, której bohaterem jest ten sam kotek, ponadto podczas rozgrywki w „Alien Cat 2” w zależności od poziomu będziemy kontrolować od jednego do czterech kotków. Naszym zadaniem podczas gry, jest pozbieranie elementów statku kosmicznego (śrubek) unikając przy tym ostrzy, min oraz mieszkańców planety. Niestety mimo początkowych trudności z ogarnięciem kontroli nad większą (niż 1) ilością kotków, gra nie stanowi zbyt dużego obciążenia dla szarych komórek i możemy ukończyć ją nawet podczas jednego posiedzenia, na co zapewne wpływa w jakimś stopniu fakt, że nie jesteśmy ograniczeni czasem ani liczbą żyć.
Anguna: Warriors of Virtue to action RPG przypominający pierwszą odsłonę „The Legend of Zelda” – szczególnie pod względem rozbudowania fabuły (której praktycznie nie ma). Zabawę zaczynamy podczas próby opuszczenia lochu, w którym standardowo zabijamy mieczem potworki oraz zbieramy złote monety i różnego rodzaju klucze (które możemy a nawet czasem musimy wykorzystać w innych lochach). Po opuszczeniu więzienia uzyskujemy dostęp do większej części przedstawionego w grze świata gdzie nadal zabijamy dostępne kreatury, szukamy kolejnych labiryntów (jest ich w sumie pięć), korzystamy z usług nielicznych uzdrowicieli lub dokonujemy zakupów u handlarzy. Labirynty wyróżniają się przede wszystkim rodzajem przeciwników, specjalnym przedmiotem wspomagającym walkę z szefem całej krainy oraz lokalnym bossem. Anguna wyróżnia się ładną oprawą graficzną, zawodzi natomiast w kwestii muzyki, której jest mało a na dodatek dostępne utwory stanowią krótkie zapętlone fragmenty. Po zorientowaniu się jak działa dostępna w grze mapa oraz zdobyciu latarni ułatwiającej poruszanie się w ciemnych labiryntach na spotkanie z władcą krainy – Zielonym Smokiem powinniśmy dotrzeć podczas jednego około 2-3 godzinnego posiedzenia.
Chain Break możemy zaliczyć do gatunku runnerów z polem gry przedstawionym w rzucie izometrycznym – czyli sterowana przez nas postać biegnie ciągle w prawo, a naszym zadaniem jest poruszanie nią w odpowiednich momentach góra/dół, dodatkowo mamy możliwość wykonania podskoku oraz niewielkiego zwolnienia/przyspieszenia postaci. Na 25 poziomach znajdziemy zabijające nas kolce i bariery, różnego rodzaju ruchomych przeciwników a także pola przyspieszające oraz zwalniające. Innego rodzaju utrudnieniem jest ubywający zapas tlenu, który możemy uzupełniać za pomocą rozmieszczonych na poziomach nielicznych puszek. Fani gatunku, do których się nie zaliczam, mogą pokusić się o zwiększenie wyniku punktowego poprzez zbieranie dostępnych podczas biegu monet.
Pierwsza dostępna w zestawie gra, która wciągnęła mnie na dłużej. Gatunek dość nieoczywisty jak na konsolę Game Boy – gra przygodowa typu horror, który być może nas nie przestraszy ale atmosfera podczas rozgrywki może wywołać poczucie niepokoju. W pewnej wiosce na odludziu, co 15 lat w niewyjaśnionych okolicznościach znika pewna grupa dzieci. Według kalendarza do kolejnego wydarzenia tego typu dojdzie już za trzy dni. A nasz bohater jest jednym z dzieciaków, którym ostatnio śnią się koszmary związane z krwawym rytuałem. Rozgrywka to typowa eksploracja wioski, rozmowy z mieszkańcami oraz zbieranie i używanie przedmiotów. Autorzy przewidzieli aż 11 zakończeń (w tym niektóre są bardzo porąbane) przy czym do końca mamy kontrolę nad sytuacją panującą w wiosce. Jednorazowe przejście zajmuje około godziny, aczkolwiek w pewnym przypadku napisy końcowe możemy zobaczyć już po niecałej minucie zabawy.
Kolejna dokonana przez Rosjan z PSCD konwersja gry z STEAM na konsolę Sega Mega Drive. Bohaterem tej pozycji jest pewien dłużnik, który z powodu zaciągniętych kredytów dostaje zawału serca i ląduje w czymś w rodzaju piekła z którego aby się wydostać musi zebrać odpowiednią ilość złotych monet. Po raz kolejny mamy do czynienia z grą logiczno-zręcznościową, a naszym zadaniem jest odpowiednie przesuwnie skrzyń/sejfów/złotych bloków, w taki sposób, aby umożliwić sobie dotarcie do porozmieszczanych na poziomach monet. Zadanie to mogą nam utrudniać różnego rodzaju piekielne istoty, które możemy pokonać skacząc im na głowy lub wysadzić za pomocą bomby lub zrzucając na nich skrzynie. W przeciwieństwie do wersji na STEAM gdzie widzieliśmy na ekranie cały poziom w tym wypadku widzimy jedynie jego fragment, co praktycznie stanowi jedyną trudność podczas przechodzenia gry, gdyż musimy nauczyć się na pamięć gdzie i jak poprzesuwać skrzynie. W przypadku Debtor, autorzy konwersji pozostawili takie same poziomy jak w oryginale dodając jedynie typowo zręcznościowy pojedynek z bossem na końcu gry.
Świat Bazgrołków to gra platformowa, która najbardziej skojarzyła się mi z Super Mario Land. Do zwiedzenia udostępniono nam 4 światy po 3 poziomy wypełnione platformami, kredkami oraz przeciwnikami w postaci gumek to mazania, nożyczek, flamastrów i tym podobnych akcesoriów. Bardzo ciekawa i nietypowa oprawa graficzna powstała na podstawie rysunków czteroletniej córki autora gry. Doodle World z powodu niezbyt wygórowanego poziomu trudności (w razie problemów dostępna jest opcja dla dzieci) powinno przypaść przede wszystkim do gustu dzieciom, aczkolwiek dorośli nie powinni się (nie zdążą się) nudzić – szczególnie podczas pojedynków z bossami na końcu każdego ze światów. W porównaniu do wspominanie kieszonkowej przygody Mario brakuje większej ilości bonusów – zbieramy jedynie kredki które pełnią tu rolę Marianowych monet a z dodatków mamy złotą kredkę dającą chwilową nieśmiertelność. Gra nie ustrzegła się też pewnych irytujących błędów – zdarza się, że podczas przechodzenia poziomu nie da zebrać się niektórych pojedynczych kredek, które bez problemu zbieraliśmy podczas poprzedniej próby. Ponadto zdarzają się tajemnicze zniknięcia niektórych przeciwników.
Niespodziewana gwiazda programu – Pchła Heniek. Przypadkowy członek ruchu oporu, na polu walki o darmowy dostęp krwi dla każdego. Pies Burek jaki jest każdy widzi. Jednak na powierzchni oraz pod powierzchnią skóry Burka istnieje wszechświat zamieszkany przez potrzebujące jego krwi insekty. Pewnego razu pojawia się tam Skąpy Król, który z pomocą podległych mu komarów pragnie całą krew zatrzymać tylko dla siebie. Do pokazania uzurpatorowi gdzie raki zimują pieprz rośnie idealnie nadaje się mający ADHD Heniek. Nasza pchła nieustannie podskakuje przez co mamy nad nią kontrolę jedynie podczas lotu a dzięki pewnym poznanym później technikom medytacyjnym możemy jedynie obniżyć o połowę wysokość podskoku. Tylko tyle wystarczy nam aby na 80 jednoekranowych poziomach pozbierać wystarczającą ilość słoików z krwią. W przeciwieństwie do poprzednich tytułów, Flea! jest tytułem bardzo trudnym, gdzie często tracimy hurtowe ilości „żyć”, które zdobywamy również w dużych ilościach w zamian za dostarczoną szefowi ruchu oporu krew. Co 10 poziomów odbywa się pojedynek z bossem w postaci… ucieczki przed nim na przewijającej się nieustannie w lewo planszy. Aby gra nie była zbyt monotonna (w końcu ile wariantów zabawy można umieścić na pojedynczym ekranie) w pewnych momentach Heniek uczy się dodatkowych umiejętności od innych członków ruchu oporu.
Ostatnia na tej składance konwersja od Rosjan z PSCD. Gra zapowiada się jako przyjemna przeznaczona dla dzieci platformówka, a nadzieję na tego typu rozgrywkę potęguje słodko-kolorowa oprawa graficzna wzbogacona w stosunku do wersji na „lepsze” sprzęty o trzy różne scenerie. Czar pryska po kilku planszach, gdyż bardzo szybko rośnie poziom trudności, potęgowany przede wszystkim bardzo wrażliwą detekcją kolizji (ustawianie się co do „pixela”) oraz koniecznością dobrego wyczucia czasu wykonywania skoków. Sytuację spotęgowało również dodanie co 10 poziomów walk z bossami. Szkoda, gdyż przygody liska ratującego swoją dziewczynę na 30 kolorowych poziomach znalazłoby dużo wielbicieli wśród młodszej generacji graczy. W porównaniu do wersji na inne platformy zabrakło sklepiku w którym mogliśmy wymieniać wisienki na różnego rodzaju ozdoby – zamiast tego mamy zamkniętą na 5 kłódek skrzynię z dodatkowym życiem, a po zebraniu wszystkich owoców na danym poziome odpada jedna kłódka.
Przygotujcie się, gdyż takiego gruzu jeszcze tu nie było. Kubo 3 to action RPG (mocno mrużąc oczy inspirowany grą Zelda 2) zaprojektowany i „narysowany” przez siedmiolatka. Przed przystąpieniem to tej zapewnie ciekawej przygody możemy zapoznać się z poprzednimi przygodami żółwia-kowboja Kubo w postaci „Kubo” oraz „Kubo 2” dostępnymi jako „Hidden Games” na konsolach Evercade z dostępna takową opcją w menu. Nie zabierze nam to zbyt wiele czasu, gdyż część pierwszą możemy ukończyć w około minutę, a drugą w około pięć. Kubo 3 prezentuje się na tle poprzedników dużo lepiej i zakończenie zobaczymy dopiero po około 25 minutach wątpliwej jakości zabawy. Naszym zadaniem jest uwolnienie mieszkańców wioski poprzez zebranie 4 magicznych kryształów i pokonanie złego kreta. Aby tego dokonać musimy udać się w cztery strony pustego jak lodówka po długim weekendzie świata, gdzie obok krecio-marchewkowego zamku znajdziemy cztery platformówkowe mini światy (lochy?) na końcu których czekają sługusy kreta.
Chcąc określić „Ploid” jednym zdaniem, napisałbym, że to bardzo ubogi krewny „Mega Mana”. Na pierwszy rzut oka wyróżnia się duża postać głównego bohatera – niestety pozostałe elementy w większości przypadków nie grzeszą urodą. Chodzimy sobie po jednoekranowych planszach, zbieramy nie wiadomo w jakim celu widoczne czerwone i niebieskie kryształki, przy okazji strzelając do czołgów, rybek, meduz, faunów i przerośniętych pszczółek. Na końcu poziomów czeka na nas „święta dyskietka” a czasem zdąży się również „pojedynek” z bossem. Niestety Ploid brakuje przede wszystkim dynamiki, a całość męczy powtarzającymi się monotonnymi elementami. Kroplą przelewającą czarę goryczy jest ostatni poziom na którym natrafiamy na „niewidzialne” platformy, których lokalizację musimy wpierw wybadać aby przedostać się do kolejnej planszy.
Kolejna gra, której największą wadą jest jej długość a dokładniej rzecz biorąc – krótkość. W przypadku Quest Arrest mamy do czynienia z tytułem zainspirowanym Pokemonami, przy czym, tu jesteśmy policjantką a naszym zadaniem jest likwidacja przestępczości w miasteczku. Głowna część gry to eksploracja niewielkiej mieściny, rozmowy z mieszkańcami, oględziny miejsc zbrodni oraz zbieranie dowodów. Podczas pieszych patroli natrafimy również na bandytów (którzy zawsze są zamaskowani), których będziemy próbowali zaaresztować (a także przypadkowo lub nieprzypadkowo zabić). Podczas konfrontacji przestępcy mogą być wulgarni (lecą fucki). Podczas próby zatrzymania gagatków możemy używać gazu pieprzowego, paralizatora lub pistoletu. Gdy podejrzany jest odpowiednio osłabiony możemy podjąć próbę aresztowania w formie mini gry polegającej na wciskaniu odpowiednich przycisków zgodnie z wyświetlanymi na ekranie symbolami. W zależności od sposobu rozmowy ze świadkami oraz podejrzanymi (dobry policjant/zły policjant) a także efektem konfrontacji z przestępcami (aresztowanie/zabójstwo) przyznawane są punkty dobroci od których zależy zakończenie gry, przy czym autorzy zdobyli się tu na pewien dowcip, przez co bycie „dobry” nie wyjdzie zbyt korzystnie dla naszej policjantki.
Super Smash Bros. dla NES? Prawie że! Orgia chaosu, destrukcji i czadu. W roli głównej bohaterowie z różnych popularnych i mniej popularnych indyczych gierek. Do aż czterech graczy na jednym ekranie, a każdy próbuje drugiemu wskoczyć na głowę lub trafić dopiero co zebraną niespodzianką. Po za skokami, nie ma żadnych ciosów czy też kombosów. Wielkiej filozofii tu nie ma, a na dłuższą metę nie ma także zabawy.
Druga perełka zestawu i kolejna platformówka z konsoli NES. Smocze bliźniaki rozdzielone przez złego czarodzieja. Mimo iż to jeszcze dzieci, mają do pomocy Ciebie – z boską mocą gracza. Kolorowa, urocza gra, która w „epoce” bez problemów odnalazłaby się wśród produkcji tworzonych przez Codemasters. Dobrze wyważone poziomy trudności oraz ciekawy pomysł na rozgrywkę. Dwa smoki bliźniaki – chłopiec potrafiący pływać oraz po zjedzeniu czerwonego chili strzelać dużymi kulami ognia i posiadająca umiejętność fruwania dziewczynka, która po zjedzeniu loda zamraża przeciwników. Sześć zróżnicowanych światów – leśny, lodowy, podwodny, podniebny… a każdy z nich po trzy poziomy. Pierwsze trzy lokacje przyjdzie nam spędzić ze smokiem-chłopcem a kolejne trzy ze smokiem-dziewczynką. Do tego emocjonujące walki z bossami. Po tym wszystkim czeka na nas czteropoziomowa wieża czarodzieja gdzie podczas rozgrywki w zależności od sytuacji zmieniamy sterowanego smoka pomiędzy chłopcem i dziewczynką. Na koniec jeszcze walka z demonicznym sprawcą całego zamieszania i powrót do domu.
Pierwsze skojarzenie to zrecenzowana niedawno przez Jedaha Chō Jikū Yōsai Macross Mimo pewnych podobieństw pomiędzy tymi grami (przede wszystkim obie uważam za słaboszczaki) Uchusen jest tytułem znacznie gorszym. Co nie dziwi ze względu na fakt, że tytuł ten powstał podczas 24h game jam. Rozgrywka jest prosta jak konstrukcja cepa, stateczek kosmiczny leci sobie w prawo i strzela na odległość mniej więcej ½ ekranu. Sterowanie jest bardzo czułe, przez co szybko możemy zakończyć grę zderzając się ze ścianą. Podczas lotu możemy zbierać dyskietki? oraz próbować unicestwiać występujących w niewielkich ilościach przeciwników. Jak można zobaczyć na dołączonym do opisu filmu, pojedynczy przelot przez Uchusen: Ultimate Ploid Battle zajmuje poniżej minuty. Nie wiedzę za bardzo powodu, dla którego ta pozycja znalazła się na składance Indie Heroes Collection 1, chyba że była ona w pakiecie z grą „Ploid” (ten sam autor) przez co zestaw składa się z większej niż pechowe 13 liczby gier.

Jestem wielkim fanem Foxy Land, wiec skoro tbxx stwierdzil ze gra byla za trudna to ja stwierdzam raczej ze to gracz okazal sie zbyt za slaby 😀
Żeby nie było – ukończyłem Foxy Land i uważam, że gra jest za trudna dla dzieci (a na taką wygląda) – jest zdecydowanie trudniejsza niż inne wersje (np. na PS4)