RecenzjaAtari XL/XE

Kernaw

Loading

„Siała baba mak, nie wiedziała jak. Dziadek wiedział, ale siedział – dostał dziesięć lat”. Na szczęście produkcja gier nie jest (jeszcze) nielegalna i wystarczy mieć jakieś pojęcie w temacie komputerowej grafiki, muzyki oraz programowania aby stworzyć hit i zarabiać pieniądze.  W przypadku braku jednej lub kilku z wymienionych umiejętności, możemy wykorzystać np. bardziej ogarniętych znajomych. Oczywiście pozostają jeszcze takie detale jak pomysł, grywalność itp. ale w tu możemy wzorować się na innych wydanych wcześniej przebojach, podobnie jak autorzy gry „Kernaw” inspirowali się kultowym w kręgach użytkowników 8bitowych komputerów Atari tytułem „Draconus”.

„Kernaw” – jak mówią lokalni wieśniacy, a poprawnie rzecz biorąc „Kernave” to według historyków pierwsza stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli można by rzec, że jest odpowiednikiem naszego polskiego Gniezna. Aczkolwiek jak głosi legenda, której połowa jest zmyślona a druga połowa jest nieprawdą, Kernaw ma wiele wspólnego z inna polską stolicą – Krakowem. Otóż, na zamku w Kernave pewnego słonecznego dnia zalągł się Smok – i to nie byle jaki, a sam najbliższy kuzyn słynnego Wawelskiego. Bestia przepędziła „Panów” a do zamku wprowadziły się upiory i inne diabelskie pomioty. W krainie Kernaw zapanowała cisza i spokój – Smok nigdy nie opuszczał podziemi zamku i nikomu nie wadził, natomiast nikomu nie przeszło przez myśl napadać na tereny gdzie przynajmniej teoretycznie władzę sprawowała Bestia. Stan ten zapewne nie przeszkadzałby okolicznym mieszkańcom, gdyby nie fakt, iż od wprowadzenia się Smoka, kury przestały znosić jajka, mleko kisło w mgnieniu oka a z piwa ulatniał się gaz…

Do rozprawianie się z Bestią wyznaczono wioskowego melepetę, który mimo młodego wieku miał już problemy z reumatyzmem, przez co był nieco sztywny i powolny w poruszaniu się. Jego wojowniczy styl, czyli sztuka walki bez walki, być może nie dawał zbyt wielkich szans na powodzenie misji, jednakże nasz „bohater” był odpowiednio zielony w temacie aby zgodzić się na tę prawie że samobójczą wyprawę. Po dotarciu na zamek Kernave, nasz „Zielony” zorientował się, że prawie każda z komnat opanowana jest przez dwa dziwaczne stworzenia, które w żaden sposób nie reagują na jego obecność, nieustanie poruszając się po jakby wyuczonych na pamięć ścieżkach. Jednakże należy być w ich obecności niezwykle ostrożnym, gdyż każdy kontakt z mieszkańcem twierdzy, sprawia szybki spadek energii witalnej na podobieństwo ubytku wody z dziurawego wiadra. Zdarza się, że w niektórych komnatach napotkamy tylko jedno poruszające się stworzenie – należy wtedy szczególnie mieć się na baczności, gdyż w takiej lokacji znajduje się ukryty śmiercionośny kolec.  Nie zastanawiając się dłużej nad sensem istnienia bytów wszelakich, młodzian wyruszył w prawo co chwilę podskakując i przeskakując ponad przelatującym tałatajstwem. Po chwili jednak musiał   zawrócić, gdyż kontakt z upiorem zamieszkujących jedno z pomieszczeń powodował natychmiastową utratę życia – a tych jak powszechnie wiadomo jest tylko trzy. Od teraz „Zielony” będzie raz w lewo a raz w prawo, to w górę i w dół, tam i z powrotem przemierzał zamkowe komnaty, lochy oraz ogrody w poszukiwaniu przedmiotów, które ostatecznie pozwolą na pokonanie Smoka. Różdżka – chroni przed urokiem upiora, pozwalając przejść przez jego pomieszczenie. Klucz – otwierający tajne przejścia. Czary – chroniące niestety jedynie przed smoczym ogniem. Kule – magiczna broń, której możemy użyć jedynie w komnacie Bestii. Po wielu trudach młodzian pokonał Smoka, przywdział jego obdartą z niego skórę i zasiadł na tronie. W krainie Kernaw panował pokój. Kury znosiły jaja, krowie mleko pachniało świeżością, a w piwie radośnie tańczyły bąbelki…

Grając w „Kernaw” nie sposób nie dostrzec inspiracji kultowym „Draconusem” i nie chodzi tu tylko oto, że mamy do czynienia eksploracją komnat oraz „zielonym” bohaterem. Podobieństwa zachodzą również w kwestii zbieranych przedmiotów, czy też niektórych elementów graficznych. W porównaniu do „Draconus” recenzowany tytuł pracuje w dwa razy większej rozdzielczości, przez co z jednej strony wygląda ładniej – bardziej gładko, a z drugiej strony mamy do czynienia z dużo mniejszą ilością ruchomych obiektów na ekranie. Pamięć 8bitowego Atari nie jest z gumy, przez co zamek Kernaw składa się 67 komnat w porównaniu do 105 obecnych we wzorcu. Oprawa graficzna najbardziej zawodzi w przypadku animacji – bohatera, który obok chodzenia i podskakiwania nie posiada żadnych dodatkowych umiejętności, a przy tym jest wyjątkowo sztywny i powolny. „Draconus” słynie z muzyki która wydaję się być jeszcze bardziej kultowa niż sama gra, a którą stworzył Adam Gilmore. W przypadku „Kernaw” ciężko mówić o kultowym statusie gry,  jednakże oprawa dźwiękowa stoi na bardzo wysokim poziomie, podczas zabawy mamy możliwość wysłuchania kilku ciekawych utworów muzycznych oraz dźwięków wzbogaconych samplami.  Największe różnice między grami występuję w temacie grywalności – bohater Kernaw nie potrafi się bić ani strzelać laserem z oczu, nie ma też żadnych zdolności transformacji swojej postaci – cała zabawa polega na obserwacji ścieżek poruszania się stworków i umiejętnego ich omijania. Mimo iż, moim zdaniem mamy tu do czynienia z dość przeciętnym tytułem, być może Tobie bardziej będzie odpowiadał ten typ rozgrywki.

Ocena ogólna

Kernaw

ATARI XL/XE

Grafika
70%
Dźwięk
90%
Grywalność
50%

Zdjęcia/Skany
Gameplay

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.