RecenzjaPlayStation 2

Killzone

Loading

Na początku lat dwutysięcznych Sony całkowicie zdominowało konkurencje pod względem biblioteki gier wydanych tylko na Playstation 2. Microsoft ze swoim Xbox nie miał tak znakomitych tytułów jak Tekken, God of War, Devil May Cry, Rachet and Clank czy Final Fantasy. Ciągle jednak było jedno pole, gdzie konsola „zielonych” wypadała lepiej. Mianowicie FPSy. Wydane w 2001 roku Halo: Combat Evolved okazało się niesamowitym hitem i szybko zostało okrzyknięte najlepszym first person shooterem na konsole. Sony postanowiło i na tym polu zmiażdżyć konkurencję. Zaprzęgnięto w tym celu studio Guerilla Games, by stworzyło prawdziwego „Halo killera”. Tak oto powstał Killzone. Czy jednak okazał się zabójczy dla Master Chiefa? No cóż, czytajcie dalej.

Akcja rozgrywa się w dalekiej przyszłości, gdzie ludzkość zaczęła ekspansję kosmosu, kolonizując przy tym kilka planet. Mieszkańcy planety Helghast (których flaga łudząco przypomina tą III Rzeszy) planują podbój pozostałych planet, zaczynając od Vekty. Jak się nietrudno domyśleć, niezbyt podoba się to jej mieszkańcom, którzy starają się odeprzeć przeciwnika. W tym momencie trafiamy na pole bitwy.

Grubo jest już od samego początku. Siedzimy w okopach, a zewsząd naparzają w nas wrogie oddziały. Musiałem szybko opanować meandry sterowania postacią, by przetrwać ten stosunkowo intensywny początek.  Na szczęście pomagały w tym komunikaty wyświetlane na ekranie, więc poradziłem sobie całkiem dobrze. Już od pierwszej misji widać, że twórcy starają się oddać klimat prawdziwego pola walki, najlepiej jak to było możliwe w tamtym okresie. Są tu intensywne wymiany ognia, liczne wybuchy od pocisków bądź granatów, unikanie lub walka z różnego rodzaju pojazdami wojskowymi, brudne zniszczone wojną miasta. Co jak co ale stworzenie atmosfery wojennej ekipie Guerilla Games się udało. W samym środku tego szaleństwa znajduje się nasz bohater, kapitan Templar.

Na szczęście nie jest on w swej misji osamotniony. Z biegiem gry stopniowo odblokowujemy kolejne postacie. Dołączy do nas kobieta szpieg Luger. Jak na swoją profesję przystało, jej specjalnością jest skradanie. Dziewczę potrafi także chodzić po linach, wspinać się po drabinach (wow, co za niezwykła umiejętność!) czy czołgać w kanałach wentylacyjnych. Jej główną bronią jest karabin snajperski. Niestety nie jest zbyt wytrzymała na obrażenia i po kilku strzałach pada jak żul po butli denaturatu. Chcecie poznać prawdziwego twardziela? Proszę bardzo! Rico to gość, który kulom się nie kłania! Ba, potrafi przyjąć ich bardzo dużo na klatę,  a jeszcze więcej zaserwować wrogom swoim potężnym karabinem. Jakby wrogowie nie mieli dość, to potraktuje ich z wyrzutni rakiet. Jednak z racji swojej masywności nie wejdzie po drabinie ani nie zmieści się do żadnej szpary. Jeżeli pracujecie w IT, to na pewno najbardziej polubicie Khaka, ostatniego z czwórki grywanych bohaterów. To typ informatyka, który z racji swojego pochodzenia (pół człowiek, pół helghan) świetnie radzi sobie z oprogramowaniem nie tylko swoich sojuszników, ale także i wrogów. Potrafi operować ich sprzętem, a także rozbrajać ładunki wybuchowe. Do tego z racji swojego wyglądu nie zwraca na siebie uwagi przeciwników, dopóki nie zacznie im szkodzić, a i część zastawionych na ludzi pułapek na niego nie działa. Do tego jego broń posiada większy magazynek niż u reszty. Templar, choć nie pozbawiony specjalnej zdolności, jest postacią dość wyważoną z dobrym karabinem. Jako żołnierz uniwersalny sprawuje się bardzo dobrze. Co ciekawe wybór postaci w niektórych misjach potrafi zmienić jej przebieg. Na przykład zadanie zacznie w innym punkcie startowym niż gdybyśmy grali innym członkiem ekipy.

  W przeciwieństwie do takiego Serious Sama czy Duke Nukem nasi bohaterowie dbają o swoje kręgosłupy i nie dźwigają więcej niż trzech rodzajów broni. Jednak w każdej chwili możemy wymienić obecną na inną znalezioną. Wachlarz uzbrojenia po obu stronach konfliktu jest dość szeroki. Są pistolety, strzelby, lekkie i ciężkie karabiny, granaty, noże, wyrzutnie rakiet i snajperki. Strzelać możemy także z działek stacjonarnych bądź przeciwlotniczych. Niektóre z broni do tego posiadają dwa tryby ognia. Na przykład taki karabin może pruć zwykłymi nabojami jak również wystrzeliwać granaty. Do tego w niektórych miejscach (choć nie są one zbyt liczne) znaleźć można apteczki odnawiające zdrowie. Nasza energia regeneruje się też sama, ale trwa to bardzo długo.

  Jednak do kogo tak naprawdę strzelamy? Cóż wrogowie są dość zróżnicowani. Natrafimy na zwykłych piechurów, snajperów, grenadierów,  lepiej uzbrojonych żołnierzy szturmowych i elitarnych, ochroniarzy co ważniejszych arcyłotrów czy wytrzymałych i wyposażonych w ciężki kaliber komandosów. Helghaści posiadają również dużo ciężkiego sprzętu, jak czołgi, pojazdy opancerzone i latające. Warto pochwalić sztuczną inteligencję przeciwników. Wojowie potrafią znaleźć sobie dobrą osłonę przed ostrzałem, starają się nas zajść z flanki, a nie raz poślą w naszą stronę granat. Do tego komunikują się między sobą, ostrzegając, o ogniu zaporowym bądź sygnalizując przeładowane broni. Potrafią także uciec przed rzuconym w ich stronę granatem. AI naszych towarzyszy również nie zawodzi, przede wszystkim nie przeszkadzają, co potrafi być zmorą w innych grach tego typu. Do tego umiejętnie wspomagają swoim wsparciem ogniowym ratując mnie niekiedy z tarapatów.

  Sama rozgrywka jest dość trudna. Z pewnością nie jest to FPS, w którym możemy bezmyślnie gnać na przód i pruć do wszystkiego, co się rusza. Nie pożyjemy wtedy zbyt długo. Tu trzeba cierpliwie i powoli poruszać się do przodu szukając sobie osłon.

  Grafika prezentuje się bardzo ładnie. Postacie, broń (ach… ta animacja przeładowania jest świetna) otoczenie, wszystko to jest bardzo szczegółowe i dobrze wymodelowane. Po lokacjach widać sugestywny i ciężki klimat wojenny. To nie kolorowe i cukierkowe Halo. Nasz teren walki obejmuję szare i ponure bunkry, ulice zrujnowanych miast, stacje kolejowe, podziemne przejścia fabryki, doki czy nawet stację kosmiczną. Wszelkie wybuchy i wymiany ognia również prezentują się znakomicie. Przy tych wszystkich fajerwerkach graficznych zaskakujące jest to jak płynnie Killzone działa. Świetnie wypadają również przerywniki filmowe. Przede wszystkim są dobrze wyreżyserowane i ciekawie przedstawiają relację między bohaterami, wgłębiając nas w interesującą fabułę. Do tego wyglądają bardzo ładnie jak na możliwości konsoli.

 Pochwalę również warstwę dźwiękową. Odgłosy wybuchów, wystrzałów i ogólnie walki wypadają świetnie. Muzyka w menu głównym również daję radę. Zaskakiwać może brak jakichkolwiek melodii w trakcie gry. Mnie to jednak osobiście nie przeszkadza, a wręcz pozwala bardziej zagłębić się w rozgrywkę i zwiększa immersję.

Killzone posiada także tryb multiplayer zarówno sieciowy jak i na podzielonym ekranie. Niestety serwery już od dawna są martwe, więc sprawdziłem tylko ten drugi i bawiliśmy się bardzo dobrze. Mapy są duże i zróżnicowane, trybów aż sześć, do tego oprócz dwóch żywych graczy, można zmierzyć się z botami.

 Dzieło Guerilla Games nie jest jednak grą idealną. Najbardziej uciążliwe są checkpointy, a raczej licha ich ilość. Misje bywają niekiedy dość długie, przez co każda śmierć jest bolesna gdy zdajemy sobie sprawę, jak daleko wstecz zostaniemy cofnięci. W niektórych planszach punktów kontrolnych nie ma wcale, co znaczy, że musimy przechodzić cały etap od nowa po zgonie. Potwornie irytujące! Do tego niekiedy czułem, że gra mnie oszukuję. Żeby silnik poradził sobie z wyświetlaniem większych lokacji, ich dalsze obszary pokryte są mgłą, przez co nie jesteśmy w stanie z pewnej odległości dojrzeć wrogów. Oni jednak nie mają takiego problemu i otwierają ogień, nim zorientujemy się kto i skąd do nas strzela. Zdarza się im też nagle respawnować zaraz w pobliżu nas. Engine kiepsko sobie radzi z zabitymi przeciwnikami. Ciała często wtapiają się w obiekty, a raz nawet jeden trup zawiesił się na suficie. Pamiętam jedną zabawną sytuację, gdzie po zabiciu żołnierza obsługującego działko stacjonarne ten zawisł w takiej pozycji, że dopóki nie podszedłem blisko niego, nie byłem w stanie ocenić czy na pewno go uśmierciłem. Do tego otoczenie, poza niektórymi szybami jest praktycznie niezniszczalne.

Choć lokacje mogą momentami zachwycić wielkością to Killzone jest grą do bólu liniową. Poruszamy się z punktu A do B i nie za bardzo mamy gdzie zboczyć. Ponarzekam też na bohaterów. Choć mamy aż czterech do wyboru, na późniejszym etapie gry wybór kogoś innego niż Rico to utrudnianie sobie zabawy. Na przykład, miałem misję, gdzie poradnik polecał wybrać mi Luger, by zakraść się do bazy wroga. Gdy to zrobiłem, wyeliminowałem kilku żołnierzy i wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. Tymczasem dotarłem do miejsca, gdzie należało zabić czterech ciężkich komandosów. Moja wątła zabójczyni niezbyt sobie z nimi radziła i często nie miałem szans, znajdując się pod intensywnym ostrzałem wroga. Do tego misja pozbawiona była checkpointów i za każdym razem musiałem zaczynać od nowa. Nawet jeśli się z nimi uporałem, do zniszczenia zostały mi dwa samoloty za pomocą działa przeciwlotniczego. Wsiadając, nie mogłem robić uników, co czyniło mnie niezwykle podatnym na ostrzał przeciwnika. Ginąłem mnóstwo razy. W końcu postanowiłem wybrać Rico i choć ominęła mnie w ten sposób sekcja skradankowa to duża siła ognia i punktów zdrowia pozwoliły mi przejść misję za pierwszym razem.

Inny przykład: grając Templarem, otwarłem bramę prowadzącą do kolejnej komnaty, zostałem tam zaskoczony przez czwórkę wrogów i mimo rozpaczliwej walki poniosłem klęskę. Znów starczyło zmienić, postać na uzbrojonego po uszy osiłka, by położyć ich wszystkich w parę sekund. Z innych wad strzelanie ze snajperki jest okrutne irytujące. Przypomina mierzenie po pijaku ze śrutówki w paczkę fajek ustawioną na słupie. Celownik lata frywolnie, jak mu się podoba.

  Jednak mimo wszystko Killzone to kawał solidnego FPSa, który bez wątpienia jest warty poświęconego czasu. W żadnej grzę na Playstation 2 nie poczujesz klimatu wielkiej międzyplanetarnej wojny jak w produkcji Guerilla Games. Jednak z całym szacunkiem, ale do Halo tej grze daleko i na polu walki w gatunku first person shooterów Xbox zdecydowanie zwycięża.

Ocena ogólna

Killzone

PLAYSTATION 2

Grafika
80%
Dźwięk
80%
Grywalność
70%

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.