RecenzjaAtari 2600

Millipede

Loading

Nie urywa się kurze złotych jaj – pomyśleli twórcy Centipede, po czym postanowili wydać sequel swojego hitu, w którym wszystkiego miało być więcej i lepiej.

Tym razem Dona Bailey nie brała udziału w projekcie, gdyż zdążyła opuścić Atari jeszcze w roku premiery gry, czyli 1982. Za to Ed Logg pozostał na pokładzie, odpowiadając za projekt i programowanie. Pomagał mu młody, bo zaledwie 18-letni programista Mark Cerny, dla którego był to pierwszy kontakt z branżą gier wideo. Millipede miał jednak pecha, że pojawił się w okresie wielkiego kryzysu gier wideo, przez co odniósł mniejszy sukces i został przeportowany na mniej platform niż jego poprzednik. W 1984 roku trafił jednak na najważniejszą z nich – Atari 2600.

Pamiętacie Bug Blastera, głównego bohatera Centipede? To o nim zapomnijcie. W Millipede na arenę wkracza nowy bohater – elfi łucznik o jakże odkrywczym imieniu Archer. Zmienia się również nasz główny wróg. Pareczniki zastąpiły tytułowe dwuparzce. To one, wraz z innymi gigantycznymi insektami, zaatakowały grzybi las i tylko nasz dzielny elf, wyposażony w czarodziejskie strzały, jest w stanie uratować to miejsce. Na pierwszy rzut oka rozgrywka nie zmieniła się jakoś znacząco i opisując ją, równie dobrze mógłbym skopiować swoją poprzednią recenzję, czego z szacunku do Was oczywiście nie zrobię.

Z góry ekranu w naszą stronę pędzi olbrzymi wij. Ten jednak zamiast poruszać się pionowo w dół, wydłuża sobie trasę, przemieszczając się horyzontalnie. Gdy napotka przeszkodę lub dotrze do krawędzi ekranu, schodzi jeden poziom niżej i zmienia kierunek. Kiedy dotrze do szarego pola, po którym porusza się nasz bohater, co jakiś czas pojawiają się głowy robala. Te wraz z dwuparzcem przemieszczają się po tym obszarze, aż zostaną zniszczone przez gracza. Każda kolizja z nimi kończy się utratą jednego życia. Trafiony robal rozdziela się na dwa mniejsze o równej długości. Każda trafiona część Millipede zamienia się w grzyba. Gdy trafimy w głowę, wij kurczy się o jeden segment, a kolejny staje się nowym łbem. Grzyby można niszczyć, jednak potrzeba do tego aż czterech trafień, co przy tak dynamicznej rozgrywce jest dość czasochłonne.

Gdzie więc te wszystkie zmiany? Ano jest ich trochę. Przede wszystkim Millipede zasuwa szybciej niż jego poprzednik, przez co trudniej jest ustrzelić mu łeb. Skorpiony zostały zastąpione przez skorki, które zatruwają grzyby, sprawiając, że wij po ich dotknięciu leci prosto w dół ekranu. Miejsce much zajęły pszczoły. Te poruszają się pionowo i zostawiają za sobą grzyby. Do ich zniszczenia potrzebne są dwa trafienia. Pająki zachowują się identycznie jak w Centipede – poruszają się zygzakiem po polu gracza i pożerają grzyby. Ćmy latają horyzontalnie i spowalniają napotkane istoty. Biedronki potrafią być wyjątkowo upierdliwe. Chodzą po polu gracza przez chwilę, po czym unoszą się ku górze, zamieniając każdy dotknięty grzyb w niezniszczalny kwiat. Ważki lecą zygzakiem w dół, pozostawiając za sobą grzyby. I wreszcie komary, które odbijają się od ścian, opadając po przekątnej. Gdy zostaną trafione, wszystkie grzyby na ekranie przesuwają się o jeden poziom w górę. Ostatnią nowością jest bomba DDT. Po trafieniu rani wszystkich wrogów znajdujących się w zasięgu wybuchu. Niestety pole rażenia jest zaskakująco niewielkie i ledwo obejmuje sąsiadujące cele.

Millipede jest grą niesamowicie dynamiczną – poziomy da się ukończyć w niecałą minutę. Po przejściu planszy pole gry opada o jeden poziom, usuwając rząd grzybów z samego dołu i dodając nowy na górze. Nie ma żadnej przerwy między etapami, więc trzeba być stale czujnym. Podobnie jak poprzednik, jest to typowa gra na punkty przeznaczona dla jednego gracza. W przeciwieństwie do wielu innych produkcji nie oferuje opcji zmiany ustawień ani wariantów rozgrywki. Gracze mogą jednak rozpocząć zabawę na poziomie zaawansowanym, startując z wynikiem będącym wielokrotnością liczby punktów potrzebnych do zdobycia dodatkowego życia (domyślnie 15 000). Rozgrywka jest wtedy zazwyczaj znacznie trudniejsza, niż gdyby gracz zaczynał od zera i stopniowo zwiększał swój wynik. Maksymalny dostępny poziom zaawansowany zależy od rezultatu osiągniętego przez poprzedniego gracza, a partie rozpoczęte w tym trybie, w których nie zdobyto przynajmniej jednego dodatkowego życia, nie kwalifikują się do tabeli najlepszych wyników.

Millipede imponuje oprawą dźwiękową. Każdy robal wydaje charakterystyczny dla siebie odgłos. Doświadczeni gracze po samym audio są w stanie przewidzieć, jakie zagrożenie właśnie nadciąga. Mniej do gustu przypadła mi grafika, która została mocno uproszczona względem automatowego oryginału. Elfa reprezentuje zwykły kwadrat, a grzyby występują pod postacią myślników. Można powiedzieć, że to przecież tylko Atari 2600 i nie ma co się czepiać, gdyby nie fakt, że same robale wyglądają naprawdę dobrze. Nie podoba mi się również ekran tytułowy. W Centipede mieliśmy fajnie animowaną tęczę, natomiast Millipede wita nas mętnym i bardzo prostym napisem. Niepotrzebnie zmieniono też pole gry gracza. W prequelu było ono niewidoczne, ale wystarczyło mi parę chwil, by wyczuć granicę, po której mogłem się poruszać. Tutaj obszar ten pokolorowano na szaro, co nie dość, że wygląda brzydko, to jeszcze sprawia, że rozgrywka staje się mniej czytelna.

Niemniej jest to nadal wciągająca i emocjonująca gra. Ot, takie Centipede na sterydach. Każdy, komu mało strzelania do wijów, powinien być usatysfakcjonowany.

Ocena ogólna

Millipede

ATARI 2600

Grafika
60%
Dźwięk
80%
Grywalność
70%

Screenshoty
Zdjęcia/Skany
Gameplay

Autor

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.