RetroAge Recenzja, NES Track & Field
RecenzjaNES

Track & Field

Loading

Niedawno zdałem sobie sprawę, że pierwszą multiplatformową grą, w jaką kiedykolwiek grałem, było Hyper Olympic. Najpierw zagrywałem się w ten tytuł na Atari 65XE. Parę lat później przeżyłem spore zaskoczenie – gdy odpaliłem Pegasusa i przejrzałem jedną ze składanek, trafiłem na tę samą produkcję Konami. Jako dzieciak nie miałem pojęcia, że ta sama gra może istnieć na więcej niż jednym systemie!

Tylko co Hyper Olympic ma wspólnego z kultowym Track & Field? Jak się okazuje – bardzo wiele.

Historia powstania tego tytułu jest zresztą niezwykle ciekawa. W Japonii na Famicoma ukazały się pierwotnie dwa osobne wydania traktujące o igrzyskach: najpierw wspomniany Hyper Olympic, a niedługo później jego kontynuacja, Hyper Sports. Oba wywodziły się z automatów arcade. Kiedy Konami zdecydowało się na podbój rynku zachodniego, postanowiono połączyć zawartość obu tych gier i wydać ją na NES-a pod wspólnym szyldem Track & Field.

To produkcja w całości poświęcona zmaganiom lekkoatletycznym. Jako że mamy do czynienia z wczesnym tytułem, oprawa całego wydarzenia jest dość skromna. Brakuje tu wyboru reprezentacji czy konkretnego sportowca, a sterować możemy wyłącznie mężczyznami, co dla części graczek może być pewnym rozczarowaniem. Na próżno szukać również ceremonii dekoracji medalistów, nie wspominając nawet o uroczystym otwarciu czy zamknięciu imprezy. Ponarzekać można też na brak niektórych dyscyplin znanych z wersji automatowej – zabrakło choćby pływania, rzutu młotem czy skoku przez kozła.

Gra nie ma także żadnego zakończenia. Po zaliczeniu całego zestawu konkurencji zaczynamy od nowa na wyższym poziomie trudności i bawimy się tak długo, aż w końcu odpadniemy.

Pamiętacie, jak w recenzji Hyper Olympic narzekałem na małą liczbę dyscyplin i z tego względu polecałem Track & Field? Nie szkodzi, ja też zapomniałem.

Tutaj konkurencji jest osiem i rozgrywamy je zawsze w tej samej, z góry określonej kolejności. To, co po latach wciąż zdumiewa, to niesamowicie proste i przystępne sterowanie. W wielu późniejszych grach olimpijskich poziom skomplikowania potrafił skutecznie odstraszyć, natomiast w Track & Field rozwiązano to wręcz idealnie. W większości konkurencji przycisk A odpowiada za bieg, a dowolny kierunek na d-padzie za kąt wybicia lub rzutu. Działa to doskonale, choć osiągnięcie mistrzostwa wymaga sporo treningu.

Naszym celem nie jest przy tym zdobywanie medali, lecz przekroczenie progu kwalifikacyjnego. W każdym wyzwaniu musimy pobić określony wynik, by przejść dalej. Porażka oznacza natychmiastowy koniec gry (Game Over).

Zaczynamy od biegu na 100 metrów. Na torach staje dwóch zawodników: nasz oraz sterowany przez komputer (bądź drugiego gracza). Musimy dobiec do mety pierwsi lub przynajmniej zmieścić się w wyznaczonym czasie. Pokonanie rywala nie jest bezwzględnie konieczne, ale zapewnia dodatkowe punkty. Aby rozpędzić postać, należy jak najszybciej wciskać przycisk A – im szybszy puls, tym wyższa prędkość.

Kolejny w kolejce jest skok w dal. Ponownie musimy maksymalnie się rozpędzić (mechanika biegu jest identyczna w każdej konkurencji, więc nie będę jej powtarzać), a tuż przed linią wcisnąć i przytrzymać d-pad, by ustalić właściwy kąt. Precyzja wybicia oraz odpowiednia trajektoria są kluczowe do ustanowienia rekordu.

Dalej czeka bieg przez płotki na 110 metrów. Zasady są niemal takie same jak w sprincie na 100 m, z tą różnicą, że w odpowiednim momencie musimy wcisnąć d-pad, aby przeskoczyć przeszkodę. Liczy się idealny timing – skok za wcześnie lub za późno kończy się bolesnym upadkiem i utratą cennych sekund.

Ostatnią dyscypliną zaczerpniętą z Hyper Olympic jest rzut oszczepem. Podobnie jak w skoku w dal, nabieramy prędkości i tuż przed linią wychylamy d-pad, ustalając kąt lotu. Spróbujcie ustawić maksymalną wartość, a czeka Was zabawna niespodzianka. Na tym kończy się pierwsza połowa zawodów, o czym informuje animacja atletów przebiegających wzdłuż trybun.

Pora na konkurencje z Hyper Sports, które są już zdecydowanie trudniejsze. Zaczynamy od strzelania do rzutek z karabinu sportowego. Cele wylatują parami, a naszym zadaniem jest zestrzelić je, gdy znajdą się w zasięgu. Kwalifikacja wymaga trafienia określonej liczby obiektów, co stanowi nie lada wyzwanie. Trzeba wykazać się sokolim okiem, refleksem i wyczuciem czasu – zwłaszcza że z każdą sekundą cele poruszają się szybciej i pojawia się ich więcej. Opanowanie tej dyscypliny zajęło mi chyba najwięcej czasu.

Trójskok to wariacja na temat skoku w dal. Różnica polega na tym, że po każdym lądowaniu musimy natychmiast ponownie wcisnąć d-pad, wybijając się do kolejnego susa. Spóźnienie sprawi, że zawodnik po prostu się zatrzyma. Tutaj również musiałem spędzić dłuższą chwilę, aby dobrze rozplanować momenty poszczególnych odbić.

Łucznictwo to drugi sport, który sprawił mi sporo kłopotów. To konkurencja z widokiem z góry, w której strzelamy do tarczy poruszającej się w pionie. Im bliżej środka umieścimy strzałę, tym więcej punktów zyskamy. Do dyspozycji mamy osiem prób, a kąt strzału regulujemy czasem przytrzymania przycisku A. Dodatkową zmienną stanowi wiatr, który potrafi znacznie znieść tor lotu.

Zmagania kończymy skokiem wzwyż. Sterowanie potrafi napsuć krwi – aby czysto przeskoczyć poprzeczkę, trzeba opanować dokładną sekwencję na d-padzie. Najpierw ustawiamy kąt wybicia, chwilę później wciskamy kierunek ponownie, by zawodnik wygiął plecy w łuk nad poprzeczką, a na koniec jeszcze raz, by w ostatnim momencie podciągnął nogi. Wymaga to milimetrowej precyzji i nawet po latach potrafi doprowadzić człowieka do szewskiej pasji.

Warto wspomnieć o oprawie wizualnej, która mimo 8-bitowych ograniczeń ma sporo uroku. Zadbano o miłe detale – na ekranie tytułowym wita nas biegacz z pochodnią olimpijską, zawodnicy mają różnobarwne stroje i fryzury, a ich nogi zabawnie śmigają przy maksymalnym sprincie. Przy biegu warto też zwrócić uwagę na to, jak płynnie scrolluje się ekran w zależności od tego, jak szybko biegniemy.

Podobać się mogą także animacje przy innych dyscyplinach, takie jak wygięcie ciała sportowca podczas skoku czy ruch oszczepów, strzał i rzutek szybujących w powietrzu. Po zaliczeniu konkurencji zawodnik triumfalnie podnosi ręce w górę, przegrany drapie się po głowie, a gdy ostatecznie odpadnie – płacze. Mniej ciekawie wygląda widownia, będąca tylko zbitą masą pojedynczych pikseli, które po udanej próbie zaczynają dynamicznie migać, imitując klaskanie i błyski aparatów. Ale lepiej się tego zapewne wówczas zrobić nie dało.

W kwestii audio największe wrażenie robi przygrywający w menu utwór z filmu Rydwany ognia z 1981 roku, a raczej jego 8-bitowa aranżacja. Poza tym nie ma tu wiele ciekawego. Tupot biegających po bieżni stóp oraz dźwięki wybicia, rzutu czy strzału z karabinu brzmią dość prosto, ale przyzwoicie. Szum wiwatującej widowni, przeplatany pojedynczymi gwizdami, również jest w porządku.

Gra nie jest jednak wolna od wad. Balans trudności bywa nierówny – o ile biegi są banalnie proste, o tyle strzelanie czy skok wzwyż potrafią doprowadzić do szału. Ponadto ciągłe naparzanie w przycisk A (tzw. button-mashing) po paru seriach potrafi po prostu zmęczyć dłoń, a większość konkurencji biegowo-skokowych opiera się na dokładnie tym samym schemacie.

Gdy opanuje się już wszystkie dyscypliny, to abstrahując od śrubowania rekordów w nieskończoność, nie ma tu nic więcej do roboty. Ciągłe powtarzanie tego samego zestawu wyzwań z czasem znuży każdego solowego gracza.

Niemniej, zanim do tego dojdzie, będziecie się naprawdę świetnie bawić – zwłaszcza w trybie dla dwóch graczy. Konkurencje potrafią dostarczyć sporo emocji, a prostota sterowania sprawia, że próg wejścia jest niezwykle niski. Każde zwycięstwo i każdy pobity rekord dają masę radości, a opanowanie trudniejszych dyscyplin – dziką satysfakcję.

Właśnie za to polubiłem Track & Field. Pomimo swoich ograniczeń potrafi dostarczyć mnóstwo frajdy, a niepowodzenia nie zniechęcają, lecz wręcz motywują do kolejnej próby.

Ocena ogólna

Track & Field

NES

Grafika
70%
Dźwięk
70%
Grywalność
80%

Zdjęcia/Skany
Gameplay

Autor

Komentarze

  1. Grało się ! W trybię wieloosobowym była mocna rywalizacja z bratem/kuzynem/ kumplami. Pozytywny odbiór gry wzmacniał tez fakt ,że za dzieciaka interesowaliśmy się prawie wszystkimi dyscyplinami sporu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.