Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game

NES

Utworzono: 8 marca 2016
Autor: Jedah
Odsłon:

286

Kiedy w latach 80-tych ukazały się pierwsze komiksy z żółwiami ninja, świat oszalał na ich punkcie. Teenage Mutant Ninja Turtles stały się prawdziwym fenomenem, przyczyniając się do powstania seriali, filmów kinowych, zabawek, a także gier wideo im poświęconym. W tej ostatniej kategorii żółwie zadebiutowały w 1989 roku na NESa i popularne wówczas komputery, jak Amiga czy ZX Spectrum. Wydana przez Konami zręcznościówka Teenage Mutant Ninja Turtles, mimo dobrej sprzedaży, spotkała się z mieszanymi recenzjami. Gracze przeklinali niesamowicie wysoki poziom trudności i frustrującą rozgrywkę. Gra została okrzyknięta jedną z najtrudniejszych produkcji na NESa. Rok po premierze postanowiono wydać sequel. Miał on postać portu do niezwykle popularnego beat'em upu wydanego na automaty, stąd został on nazwany Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game. Czy tego typu zabieg okazał sie strzałem w dziesiątkę? Dowiecie się z recenzji. Cowabunga!!!

Scena 1: "Pożar! Ratujmy April!"
Mieszkanie przyjaciółki żółwi, telewizyjnej reporterki April O'Neil, stanęło w płomieniach. Widząc to, nasi dzielni wojownicy natychmiast ruszyli na ratunek. Okazało się, że za pożarem stoi Klan Stopy, największy wróg Wojowniczych Żółwi. Po dotarciu na miejsce i nakopaniu żołnierzom tej organizacji przestępczej, co stanowi pierwszą misję, April zostaje porwana przez lidera organizacji Schreddera. "Turtlesi" natychmiast ruszają jej na ratunek. Jeśli w tym momencie ziewacie i twierdzicie, że to kolejna historia o ratowaniu niewiasty z rąk złoczyńcy, uspokoję Was. Wraz z rozwojem rozgrywki Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game wskaże nam także inne cele do wykonania. Nie ma jednak co liczyć na jakąś złożoną fabułę, wszak nie o to w bijatykach chodzi.

Scena 2: "Spuśćmy łomot Klanowi Stopy!"
Tak jak wspomniałem na początku Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game to chodzona bijatyka. Na początku rozgrywki wybieramy jednego z czterech bohaterów. Jeśli ktoś jakimś cudem ich nie kojarzy, pozwolę sobie krótko ich przedstawić. Są to: władający dwoma katanami Leonardo, walczący przy pomocy nunchaku Michelangelo, uzbrojony w sai Rafaelo i posiadacz kija bō Donatello. Wachlarz uderzeń na tle takiego Double Dragon czy Bad Dudes jest dość ubogi. Sterowanie składa się ze zwykłego ciosu, skoku, kopnięcia z powietrza i ciosu specjalnego. Niestety, niezależnie od posiadanej broni u każdego żółwia wszelkie ciosy wyglądają tak samo. Przy ataku specjalnym nasz wojownik lekko podskakuje i dużym zamachem bronią uderza przeciwnika. Cios ów jest bardzo skuteczny, gdyż zadaje dwukrotnie większe obrażenia od podstawowego. Jednak każde takie uderzenie zabiera nam jedną kreskę z paska energii, więc nie warto zbytnio go nadużywać. Najbardziej jednak spodobał mi się fakt, iż do walki możemy wykorzystać elementy otoczenia. Wystarczy uderzyć w taki parkan, pachołek czy świecznik, a poleci on w stronę przeciwnika nokautując go jednym uderzeniem. W niektórych miejscach natrafimy także na butle gazowe. Trzeba uderzyć taką i zwabić w jej okolicę wrogów, a po kilku sekundach wybuchnie raniąc znajdujących się w pobliżu nieszczęśników. Wrogowie również wykorzystują niektóre elementy otoczenia, np. wyskakują z kanału i cisną w nas włazem od studzienki. Wystarczy jednak w odpowiednim momencie uderzyć ową pokrywę, a poleci ona z powrotem do adresata, gwarantując mu natychmiastowy nokaut.

Scena 3: „O rany! Ilu wrogów!”
To co zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie to spora różnorodność przeciwników. Najbardziej podstawowi z nich to żołnierze Klanu Stopy. Występują oni w kilku kolorach. Każda barwa oznacza inne umiejętności danego żołnierza, przykładowo: fioletowi walczą wręcz, czerwoni strzelają z karabinów, żółci atakują bumerangiem, a niebiescy rzucają shurikeny. Oprócz nich zmierzymy się z różnego rodzaju robotami. Wśród nich, m.in. mechaniczne wersje myszy, bałwanów, tygrysów czy wieżyczek strzelniczych. A to tylko niektórzy z wielu wrogów. Należy uważać również na pułapki, jak spadające ze schodów kule, przejeżdżające auta czy dziury w podłożu. Czym byłaby dobra „chadzajka” bez bossów na końcu etapu. Również i tutaj natrafimy na sporą różnorodność. Powstrzymać nas będą chcieli, m.in. zmutowane zwierzęta Shreddera, jak nosorożec Rocksteady, guziec Beebop, niedźwiedź Torra, czy maszyny takie jak mechaniczny samuraj czy żołnierz. „Szefowie” są w większości dość wymagający, więc walka z nimi dostarcza wielu emocji. Co ja mówię, sama gra jest dość wymagająca, choć zdecydowanie łatwiejsza niż poprzedniczka. Nawet podstawowi wrogowie potrafią sprawić nam trochę kłopotów. Co prawda w trakcie rozgrywki znajdziemy pizze, które całkowicie odnawiają nasze zdrowie, jednak porozrzucane są one na tyle rzadko, że lepiej nauczyć się szanować każdą pojedynczą kreskę paska energii. Grę zaczynamy z trzema życiami, a co każde zdobyte 200 punktów (1 pokonany wróg = 1 punkt) dostajemy kolejne. Gdy zginiemy, możemy jeszcze wykorzystać 3 continue, które to pozwalają na rozpoczęcie przegranego poziomu od początku.

Scena 4: „Przed nami długa droga, żółwie!”
Gra podzielona jest na 7 etapów, tu nazwanych scenami. Każda ma swój tytuł, więc już wiecie, skąd wziąłem pomysł na nagłówki. Oprócz płonącego apartamentu powalczymy m.in. na ulicach Nowego Jorku, w kanałach czy na parkingu samochodowym. Generalnie są one dość zróżnicowane i każdy z nich posiada jakieś swoje własne elementy, jak pułapki czy wrogów, przez co tak naprawdę nie sposób się nudzić. Co ciekawe, wersja na NESa została wzbogacona o dwie sceny względem tej z automatów. Chwała za to, że twórcy nie wrzucili ich „na odwal się”, lecz solidnie się do nich przyłożyli. Powalczymy w śniegu, a także w zamku szoguna. Oba etapy zostały świetnie zaprojektowane, a nawet przewyższają te z podstawki. Dodano wielu nowych wrogów i przeszkody.

Do tego gra prezentuje się naprawdę bardzo ładnie. Lokacje są bardzo szczegółowe, a i wygląd postaci, jak na rok powstania gry, może się podobać. Najlepiej prezentują się cutscenki, które w większości są ruchome. Rozczarowało mnie jedynie zakończenie, szczerze mówiąc jest jednym ze słabszych, jakie widziałem. Świetne wrażenie robi muzyka w grze. Konami po raz kolejny pokazało, że potrafi komponować znakomite utwory do swoich gier. Nie zabrakło, rzecz jasna, motywu przewodniego znanego z seriali, ale inne również prezentują się świetnie. Odgłosom w grze również nie mam nic do zarzucenia. Spodobał mi się zwłaszcza fakt, że dźwięk uderzenia różni się w zależności od tego, czy walczymy z mutantem czy robotem.

Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game to zdecydowanie jedna z najlepszych chodzonych bijatyk na NESa i świetnie wymazuje hańbę, jaką żółwie okryły się po premierze pierwszej części gry. Jeżeli chcecie rozpocząć swoją przygodę z Turtlesami, zacznijcie od tego tytułu. Zdecydowanie polecam.

Ocena ogólna 9.0

Autor: Jedah

Grafika 90%

Dźwięk 90%

Grywalność 90%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie